Listopad 2019

Astronomowie odkryli „drugą Ziemię” w pobliskim systemie gwiezdnym

W najbliższym sąsiedztwie Układu Słonecznego odkryto dwie egzoplanety. Co więcej, planety te, według astronomów, są bardzo podobne do Ziemi, a warunki na niej panujące mogą być korzystne dla obecności wody w stanie ciekłym i przetrwania życia bakteryjnego.

 

Dwie nowe egzoplanety krążą wokół gwiazdy Teegardena, położonej w gwiazdozbiorze Barana w odległości 12,5 roku świetlnego od Słońca. Jest to jedna z najbliższej położonych gwiazd względem Układu Słonecznego.

 

Choć gwiazda Teegardena znajduje się tak blisko Ziemi, astronomowie odkryli ją dopiero w 2003 roku. Obiekt ten jest czerwonym karłem o bardzo małej jasności – posiada około 9% masy Słońca i jest również jedną z najmniejszych znanych nam gwiazd. Dlatego obserwacje tej okolicy nie należały do najłatwiejszych.

 

Międzynarodowy zespół astronomów, kierowany przez Mathiasa Zechmeistera z Uniwersytetu w Getyndze, przez trzy lata poszukiwał planet wokół gwiazdy Teegardena. Jednak ze względu na jej położenie oraz emitowane słabe światło, zrezygnowano z popularnej metody tranzytu i skorzystano z teleskopu nowej generacji CARMENES, który znajduje się w hiszpańskim Obserwatorium Calar Alto w Almerii. Instrument ten pozwolił dokładnie zbadać prędkość radialną gwiazdy, a pomiary uzupełniono o dane fotometryczne.

Źródło: Uniwersytet w Getyndze

Dokonane obserwacje wskazują na obecność dwóch planet w tym systemie gwiezdnym. Pierwsza z nich, Teegarden b, znajduje się najbliżej swojej gwiazdy macierzystej. Biorąc pod uwagę odległość od gwiazdy oraz jej jasność, astronomowie szacują, że temperatura powierzchni Teegarden b może wynosić około 28 stopni Celsjusza. Natomiast planeta Teegarden c krąży wokół gwiazdy w nieco większej odległości, a jej temperatura powierzchni może wynosić około -47 stopni Celsjusza.

 

Choć obie egzoplanety zostały uznane za podobne do Ziemi, Teegarden b już okrzyknięto „drugą Ziemią”. Tak naprawdę, astronomowie nie mają pojęcia, czy Teegarden b nie jest przypadkiem „drugą Wenus” i czy w ogóle posiada atmosferę. Jednak wstępnie zakłada się, że egzoplanety orbitujące gwiazdę Teegardena mogą być dobrymi kandydatami dla przyszłych międzygwiezdnych bezzałogowych misji kosmicznych.

 


Astronomowie dokonali bezpośredniej obserwacji narodzin dwóch egzoplanet

W 2018 roku, astronomowie po raz pierwszy w historii zaobserwowali narodziny egzoplanety. Odkrycia dokonano w okolicach odległej gwiazdy PDS 70. Jednak dalsze obserwacje potwierdziły, że w tym systemie gwiezdnym „przychodzi na świat” jeszcze jedna planeta.

 

PDS 70 to młoda gwiazda karłowata, która znajduje się 370 lat świetlnych od Ziemi. Planetę gazową PDS 70b odkryli naukowcy z Instytutu Astronomii im. Maxa Plancka, którzy skorzystali z instrumentu SPHERE, zainstalowanego na Bardzo Dużym Teleskopie (VLT). Planeta ta krąży wokół swojej gwiazdy w odległości około 3,5 miliarda kilometrów, niczym Uran względem Słońca, a jej masa jest od 4 do 17 razy większa od Jowisza.

Źródło: ESO/A. Müller et al.

Jednak dalsze obserwacje, prowadzone przez Sebastiaana Hafferta z Obserwatorium w Lejdzie i jego zespół, pozwoliły namierzyć drugą przerwę w dysku protoplanetarnym, który otacza młodą gwiazdę. Obserwacje, dokonane z pomocą instrumentu MUSE na teleskopie VLT, pozwoliły namierzyć drugą planetę, która również jest na etapie formowania się. Egzoplaneta PDS 70c posiada masę od 1 do 10 mas Jowisza i krąży wokół gwiazdy w odległości 6 miliardów kilometrów. Dystans ten można porównać do Neptuna względem Słońca.

Warto dodać, że jest to drugi system wieloplanetarny, który udało się sfotografować. Pierwszym był HR 8799, który zawiera cztery egzoplanety. Bezpośrednia obserwacja narodzin dwóch planet w systemie PDS 70 pokazuje, że przerwy w dysku protoplanetarnym mogą być dla nas wskazówką na obecność nowych planet. Odkrycie dostarcza nam również nowych danych, które pozwolą lepiej zrozumieć procesy formowania się ciał niebieskich.

 


Odkrywca pierwszej komety międzygwiezdnej odnalazł kolejną kometę

Rosyjski astronom-amator Giennadij Borysow odkrył na początku listopada 2019 r. kolejną kometę. Stało się to zaledwie kilka miesięcy po wykryciu przez mężczyznę pierwszej w historii komety międzygwiezdnej. Nowo odnalezione ciało niebieskie to jego dziewiąte odkrycie.

Nowa kometa została zgłoszona 2 listopada i niemal natychmiast umieszczono ją w katalogu prawdopodobnych komet, wymagających potwierdzenia. Istnienie ciała niebieskiego zostało ostatecznie potwierdzone kolejną obserwacją dokonaną 3 listopada przez innego astronoma.

 

Kometa o nazwie C/2019 V1 (Borysow) podróżuje z prędkością około 108 tys. km/h i można ją wypatrzeć na skrawku nieba między gwiazdozbiorami Rysia i Raka.

„Odkryłem nową kometę na początku listopada. Właśnie otrzymałem list z Międzynarodowej Unii Astronomicznej. To nie jest kometa międzygwiezdna. To zwykła kometa, która należy do Układu Słonecznego. Otrzymała nazwę C/2019 V1 (Borysow). To potwierdzone odkrycie.” – powiedział Borysow agencji prasowej TASS.

Giennadij Borysow stał się pierwszą osobą na Ziemi, która odkryła międzygwiezdną kometę. Naukowcom udało się przeprowadzić szereg testów obiektu i pod koniec października ogłoszono, że na jego powierzchni mogą znajdować się cząsteczki wody z innej galaktyki.

Najważniejsze odkrycie oznaczałoby, że bogate w wodę komety nie są unikalne dla Układu Słonecznego i że możliwe jest, że wszechświat posiada inne podobne do Ziemi światy zdolne do podtrzymywania życia.

 

 


Czy w 2022 roku Ziemi grozi zderzenie z asteroidą 2009 JF1?

Asteroida 2009 JF1 może uderzyć w Ziemię już 6 maja 2022 roku. Amerykańska Agencja Kosmiczna NASA opublikowała informacje o asteroidzie oznaczonej jako 2009 JF1. Obiekt, którego szerokość wynosi około 128 metrów, za kilka lat znajdzie się niepokojąco blisko Ziemi.

 

NASA twierdzi, że istnieje niewielka, szansa, że 2009 JF1 może nawet uderzyć w Ziemię. Miałoby do tego dojść 6 maja 2022 r. Na szczęście prawdopodobieństwo kolizji pozostaje niskie. 2009 JF1, jak każde ciało niebieskie może zmienić swoją trajektorię na skutek różnych czynników zewnętrznych jak ciepło lub oddziaływania grawitacyjne. Oznacza to, że mnie da się zbyt precyzyjnie przewidzieć gdzie konkretnie znajdzie się dany obiekt za jakiś czas.

 

Jednak gromadząc kolejne dane na podstawie nowych obserwacji, można adaptować predykcję orbity urealniając jej przebieg. W przypadku 2009 JF1 musi to dopiero nastąpić. Do tego czasu wszystko jest możliwe, nawet zderzenie z Ziemią.

 

Asteroida 2009 JF1 została wpisana na listę obiektów potencjalnie niebezpiecznych już w czerwcu tego roku. Zgłoszenie nadeszło od Europejskiej Agencji Kosmicznej - ESA. Teraz NASA potwierdziła tylko wyliczenia europejskich astronomów. Gdyby rzeczywiście istniało ryzyko kolizji to trzeba by było organizować jakąś misję kosmiczną w celu neutralizacji zagrożenia. 

Gdyby asteroida JF1, czyli wielkości wieżowca, zderzyłą się z naszą planetą, z pewnością gęsta atmosfera ziemska spowodowałaby jej fragmentację, ale z pewnością wiele fragmentów zderzy saię z powierzchnią ziemi lub oceanu. Oszacowano, że zderzenie będzie miało siłę około 230 kiloton lub 230 tysięcy ton TNT. Bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę w 1945 r. uwolniła energię, która odpowiada mniej więcej 15 kilotonom trotylu.

 

Jeśli 2009 JF1 uderzy w gęsto zaludniony obszar, może zniszczyć na przykład duże miasto, co doprowadziłoby do śmierci milionów ludzi, ale nawet jeśli spadnie w najodleglejszej części Oceanu Spokojnego, spowoduje tsunami. Może to poważnie wpłynąć na mieszkańców okolicznych wybrzeży. Na szczęście nawet w takim czarnym scenariuszu obiekt tej wielkości nie jest zagrożeniem dla naszej cywilizacji.

 


Według astronomów Wielka Czerwona Plama na Jowiszu wcale nie zanika

Znajdujący się na Jowiszu antycyklon  znany jako Wielka Czerwona Plama, to najtrwalszy wir atmosferyczny jaki znamy w Układzie Słonecznym. Po raz pierwszy zaobserwowano go 17 wieku kiedy astronomowie zyskali narzędzia obserwacyjne takie jak teleskopy. Od tego czasu plama pozostaje na tarczy Jowisza. Ostatnio jednak pojawiły się obawy że może się rozproszyć.

 

W ciągu ostatnich lat większość obserwacji astronomicznych Jowisza wykazywała, że średnica tego wielkiego wiru cały czas malała. Stało się to już tak typowym zjawiskiem, że zaczęto się zastanawiać czy długowieczna burza nie ma się ku końcowi.  Jednak najnowsze informacje wskazują na to, że pogłoski o rychłej śmierci Wielkiej Czerwonej Plamy mogą być przesadzone.

Do jakich wniosków doszedł astronom Philip Marcus z University of California w Berkeley. Naukowiec studiował zdjęcia Jowisza wykonane w maju i w czerwcu tego roku i stwierdził, że sposób w jaki od plamy oddzielają się mniejsze wiry nie zwiastuje jej dezintegracji i jest czymś całkowicie normalnym.

 

Zdaniem astronoma nie ma żadnych dowodów na to aby długowieczny huragan wykazywał oznaki tracenia siły.  Pewne zaburzenia w obrębie cyklonu są jego zdaniem zupełnie naturalnym stanem a nie oznakami nadciągające go zniknięcia plamy.

Według naukowca, obserwowane zmiany konfiguracji antycyklonu wiążą się z połączeniami mniejszych formacji wirowych powstających w punkcie spiętrzenia, gdzie prędkość przepływu gwałtownie zmniejsza się, a następnie wzrasta. Prowadzi to do powstawania dostrzeganych przez astronomów fragmentów jakby odrywających się od Wielkiej Czerwonej Plamy.

 

 


Tranzyt Merkurego na Słońcu widziany przez obserwatoria solarne

W poniedziałek, 11 listopada, Merkury przeszedł na tle tarczy słonecznej. Miliony obserwatorów z całego świata mogło być świadkami rzadkiego niebiańskie zjawiska zwanego tranzytem Merkurego. Następny raz nastąpi to dopiero w 2032 roku.

Tranzyty Merkurego występują średnio 13 razy w ciągu stulecia. Poprzedni miał miejsce 9 maja 2016. a następny jest oczekiwany dokładnie 13 listopada 2032 roku. Z perspektywy Ziemi tranzyt Merkurego trwał około 5,5 godziny. Obserwatorzy w Europie, Ameryce Północnej i Południowej oraz w Afryce mogli zobaczyć przynajmniej część tego zjawiska, ponieważ występowało za dnia.

Jednak było to możliwe tylko za pomocą teleskopów wyposażonych w specjalne ochronne filtry przeciwsłoneczne. Patrzenie teleskopem lub lornetką w Słońce, bez filtra może się zakończyć ślepotą. Merkury jest tak niewielką planetą, że przechodząc na tle tarczy słonecznej był widoczny jedynie jako niewielka kropka. Z tego powodu obserwacje amatorskie nie były zbyt efektowne. Ale na szczęście dostępne są również nagrania wykonane za pomocą kosmicznych obserwatoriów solarnych NASA takich jak SDO i SOHO. Przedstawiają one tranzyt Merkurego z zupełnie innej perspektywy.

Co warto wiedzieć,  tylko dwie planety -Merkury i Wenus z naszej perspektywy przechodzą na tle Słońca. Jest tak dlatego, że są to tak zwane planety wewnętrzne. Wenus, widziana z Ziemi jako jasna "gwiazda" występuje nawet z tego powodu w fazach, tak jak Księżyc. Ostatni tranzyt Wenus wystąpił 6 czerwca 2012 roku, a następny nie nastąpi wcześniej niż 11 grudnia 2117. W przypadku Merkurego, tranzyty zdarzają się w maju lub w listopadzie. Z kolei tranzyty Wenus występują zwykle w czerwcu i grudniu.

 

 


NASA zmieniła nazwę planetoidy Ultima Thule z powodu nazistowskich skojarzeń

Planetoida 2014 MU69 to obiekt znajdujący się w tak zwanym Pasie Kuipera. Jest to zbiór małych ciał niebieskich, które krążą za orbitą Neptuna i są pozostałościami po procesie formowania się Układu Słonecznego. Od momentu jego odkrycia w 2014 roku, obiekt ten nosił nazwę Ultima Thule co nawiązywało do mitycznej krainy opisywanej przez żeglarzy w starożytnej Grecji. Teraz, stan ten ulega zmianie, z powodu poprawności politycznej.

 

Jak się bowiem okazało, nazwa Ultima Thule kojarzyła się niektórym ludziom z nazistowskim towarzystwem Thule. Była to organizacja skrajnie rasistowska, ale i opierająca się na mistyce. Wiadomo na pewno, że jej członkami byli późniejsi nazistowscy zbrodniarze tacy jak Alfred Rosenberg, Heinrich Himmler i Rudolf Hess a jednym z członków towarzystwa miał być też sam Adolf Hitler. Thule było organizacją bardzo wpływową i to właśnie jej ideologia stanowiła podstawę do twierdzenia, że Germanie wywodzą się od Arian, starożytnego ludu charakteryzującego się jasnymi włosami, niebieskimi oczyma i określonymi rysami twarzy.

Naukowcy z projektu "New Horizon" odpowiedzialni za nazwanie planetoidy, stwierdzili więc, że zmienią jej nazwę na taką która nie kojarzy się z III rzeszą. Ostatecznie zdecydowano się na przemianowanie Ultimy Thule na Arrokoth co ma stanowić nawiązanie do indiańskiego słowa oznaczającego "niebo". Zgodnie ze słowami Alana Sterna, szefa zespołu badawczego misji New Horizons:

Nazwa Arrokoth jest wyrazem inspiracji jaką czerpiemy ze spoglądania w niebo, wypatrywania gwiazd i światów innych niż nasz własny(...) Pragnienie uczenia się jest w sercu misji New Horizons, to dla nas zaszczyt dołączyć do społeczności Powhatan i obywateli stanu Maryland w świętowaniu tego odkrycia.

Warto przypomnieć iż zmiana nazwy planetoidy, najprawdopodobniej stanowi konsekwencję kontrowersji jakie wynikły jeszcze na początku bieżącego roku. Wtedy to, grupa brytyjskich i amerykańskich naukowców zwróciła się do NASA z żądaniem zmiany nazwy asteroidy 2014 MU69 na taką, która nie brzmi "nazistowsko". 

 

Wówczas NASA oświadczyła, że wcale nie zamierza poddawać się presji i nie przewiduje zmiany nazwy tego obiektu tłumacząc, że jest to sformułowanie po łacinie, które nie ma nic wspólnego z nazistami. Jednak jak widać, wystarczyło zaledwie 10 miesięcy aby opinia ekspertów z NASA uległa zmianie. Wyrzekanie się nazistowskich nazw przez NASA jest zresztą dość zabawne biorąc pod uwagę, że pierwszy program kosmiczny z prawdziwego zdarzenia Amerykanie zawdzięczają właśnie nazistowskim naukowcom takim jak Werhner von Braun.

 

Po raz kolejny dane nam jest się przekonać, iż żyjemy w świecie, w którym każda nieznaczna rzecz może wywołać wielką kontrowersję. Nawet jeśli chodzi czyjeś skojarzenia dotyczące nazwy odległej o miliardy kilometrów planetoidy. Pokazana na tym przykładzie moc ideologicznego szaleństwa środowisk naukowych, zdecydowanie powinna dać nam do myślenia.

 

 


Odkryto niezwykły taniec księżyców w Układzie Słonecznym

Naukowcy z NASA zarejestrowali dziwne zachowanie dwóch z czternastu satelitów Neptuna - Najada i Talassa. Oba są niewielkimi ciałami niebieskimi o średnicy około 100km. Według ekspertów obiekty te poruszają się w nietypowy sposób, unikając o włos zderzenia ze sobą.

 

Oba księżyce  ze względu na niewielkie rozmiary zostały odkryte dopiero w 1989 roku kiedy w okolice Neptuna zawitała należąca do nas a sonda kosmiczna Voyager 2. Obserwacje dokonane wtedy i pogłębione za pomocą kosmicznego teleskopu Hubble'a sugerują, że orbita Najady odchyla się o około 5 stopni i połowę czasu księżyc znajduje się ponad Talassą a drugą połowę pod nim. Astronomom nie znane są inne dwa ciała niebieskie splecione takim niezwykłym grawitacyjnym tańcem.

 

Odległość pomiędzy orbitami obu księżyców wynosi tylko 1850 km, ale doskonałą i trwałą kalibracja orbit tych ciał niebieskich powoduje, że z pewnością unikną kolizji. Poza tym Najada obraca się wokół Neptuna przez 7 godzin a Talassa 7,5 godziny. Co cztery zakręty z Talassy można było zaobserwować ją w pobliżu Najady.

 

Taki powtarzający się wzór orbitalny jest nazywany rezonansem. Dochodzi do niego na wiele sposobów, ale taki jak w przypadku tych dwóch księżyców Neptuna został zaobserwowany po raz pierwszy w historii.

 

 


Oto co się stanie, gdy będziemy obserwować Słońce przez teleskop

Każdy posiadacz teleskopu powinien znać podstawową zasadę - nigdy nie spoglądaj nim w stronę Słońca. Aby uświadomić jak niebezpieczne może być obserwowanie naszej gwiazdy, astronom Mark Thompson postanowił przeprowadzić eksperyment.

 

Aby zademonstrować co tak naprawdę może spotkać każdego z nas podczas oglądania Słońca przez teleskop bez żadnych zabezpieczeń, Thompson wykorzystał świńskie oko i przyłożył je do okularu. Wystarczyło około 20 sekund aby z oka zaczął wydobywać się dym. Słońce dosłownie wypaliło w nim dziurę. Podczas oglądania poniższego nagrania aż ciarki przechodzą po plecach. Miejmy nadzieję że nikt nie doświadczy tego na własnej skórze (oku).

 

 


Okręt podwodny z napędem jądrowym może poszukać śladów życia na księżycu Europa

NASA zakłada, że jowiszowy księżyc Europa może skrywać żywe organizmy pod lodową skorupą. Dlatego agencja planuje zorganizować misję kosmiczną. W jej ramach, NASA zamierza wysłać na Europę robota napędzanego energią jądrową, który przebije się przez grubą lodową skorupę.

 

Zespół naukowców i inżynierów z grupy NASA Glenn Research COMPASS wyszedł z propozycją zbudowania zrobotyzowanego okrętu podwodnego z napędem jądrowym, który potrafiłby przebić się przez skorupę lodową. Szacuje się, że taka maszyna, aby dotrzeć do podlodowego oceanu ciekłej wody, musiałaby pokonać pokrywę lodową o grubości nawet 30 km.

 

Badacze zaproponowali dwie wersje sondy – pierwsza korzystałaby z małego reaktora jądrowego, a druga z modułu GPHS (General Purpose Heat Source). W obu przypadkach chodzi o to, aby robot wykorzystywał nadmiar ciepła do roztapiania lodu.

Źródło: Alexander Pawlusik, LERCIP Internship Program NASA Glenn Research Center

Podczas przebijania się przez skorupę lodową, maszyna mogłaby analizować lód pod kątem obecności życia bakteryjnego i przesyłać dane na Ziemię za pośrednictwem urządzeń komunikacyjnych, które znajdowałyby się na powierzchni Europy. Ostatecznie, po dotarciu do podlodowego oceanu, robot mógłby przeanalizować tamtejszą ciecz.

 

Koncepcja zrobotyzowanej łodzi podwodnej wciąż jest tylko pomysłem, który zostanie poddany analizie przez NASA. Nawet jeśli agencja zechce zorganizować taką misję kosmiczną, miną jeszcze długie lata, zanim sonda faktycznie dotrze na Europę.

 


Strony