Maj 2014

W październiku w bliskiej odległości Marsa przeleci kometa C/2013 A1 Siding Spring

Jak już donosiliśmy kilkukrotnie w tym roku dojdzie do znacznego zbliżenia komety C/2013 A1 Siding Spring i planety Mars. Nie wiadomo jeszcze ze stuprocentową pewnością jak blisko czerwonej planety przeleci to ciało niebieskie, ale może to być nawet jedynie 140 tysięcy kilometrów.

 

Początkowo astronomowie nie wykluczali, że kometa C/2013 A1 Siding Spring może nawet zderzyć się z Marsem. Potem jednak okazało się, że kosmiczny wędrowiec prześlizgnie się jednak w pobliżu, ale z pewnością przywlecze ze sobą cały warkocz pyłu i fragmentów, które spadną na powierzchnię Marsa w formie deszczu meteorów.

Koma tego ciała niebieskiego składa się głównie z wody, ale z pewnością obiekt wlecze bardzo dużo kosmicznego gruzu. Najbliżej Słońca kometa ta znajdzie się 25 października, czyli w 6 dni po największym zbliżeniu do Marsa. Znajdzie się wtedy w odległości 1,4 AU od Słońca.

Na obserwacje komety C/2013 A1 Siding Springs szykuje się cała społeczność astronomiczna. Planuje się wykorzystanie wszelkich dostępnych aparatów kosmicznych z teleskopem Hubble'a, Neowise, HiRISE i innych. Dodatkowo ze względu na znaczne zbliżenie do Marsa do obserwacji planuje się wykorzystanie wielu urządzeń znajdujących się na jego orbicie oraz łazików poruszających się na powierzchni.

 

 

 


Jak wyglądałby na niebie Saturn, gdyby przeleciał on tuż obok Ziemi?

Saturn znajduje się obecnie w opozycji i gdyby nie zachmurzone niebo, panowałyby idealne warunki do prowadzenia obserwacji tego gazowego olbrzyma. W związku z tym astronomicznym wydarzeniem, właściciel konta na Youtube Yeti Dynamics zaprezentował nam niezwykłą wizualizację tego, jak wyglądałby Saturn, gdyby przeleciał dosłownie tuż obok naszej planety.

 

Na początku zeszłego roku, dzięki użytkownikowi Yeti Dynamics mieliśmy okazję zobaczyć, jak wyglądałoby niebo, gdyby w miejscu Księżyca znajdowałaby się któraś z planet Układu Słonecznego. Jednak najnowsza symulacja przedstawia Saturna, który wraz ze swoimi pierścieniami przelatuje tuż obok Ziemi.

 

Oczywiście symulacja ma jedynie charakter wizualny. Nasza planeta nie przeżyłaby takiego zbliżenia, więc nie uwzględniono w niej dewastacyjnego wpływu na Ziemię. Ludzie z pewnością również by tego nie przeżyli, dlatego poniższa symulacja jest jedynym dobrym sposobem aby przekonać się, jak wyglądałby Saturn, gdyby dosłownie złożyłby nam wizytę.

 

 

 


Astronomowie odkryli pierwszą w historii hiperprędkościową gromadę kulistą

Pierwszy raz w historii astronomii odkryto skupisko gwiazd, które zostały dosłownie wyrzucone z galaktyki. Chodzi o gromadę gwiazd, która została "wystrzelona" z gigantycznej galaktyki eliptycznej NGC 4486 (M87). Galaktyka ta znajduje się w odległości 60 milionów lat świetlnych od Ziemi i można jej szukać w gwiazdozbiorze Panny.

 

Hiperprędkościowe gwiazdy zwykle określa się używając skrótu HVS, dlatego pierwszą tego typu gromadę nazwano HVGC-1 (Hypervelocity Globular Cluster) . Według obliczeń astronomów, HVGC została wyrzucona z galaktyki z prędkością około 3,2 mln km na godzinę.

 

Teraz jedyny los, jaki czeka ten klaster to podróż w przestrzeni międzygalaktycznej. Gromady kuliste to bardzo stare obiekty kosmiczne, które zawierają tysiące gwiazd. Nasza galaktyka, Droga Mleczna, jest domem dla przynajmniej 150 gromad kulistych, a w M87 są tysiące takich klastrów.

 

Gromada HVGC-1 została odkryta przez przypadek. Zespół astronomów z Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics, spędził kilka lat na studiowaniu przestrzeni wokół M87. Analizę danych przeprowadzono przy użyciu komputera, ale wszelkie wykryte niezgodności astronomowie analizowali ręcznie. Jedną z "dziwnych" anomalii był właście HVGC-1.

Gromada HVGC-1  - źródło: Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics.

Nie wiadomo jak gromada HVGC-1 wyleciała z galaktyki i dlaczego obecnie porusza się w przestrzeni z tak wielką prędkością, nawet 10 razy większą niż normalna gwiazda. Nie można oczekiwać definitywnej odpowiedzi, ale jest pewna hipoteza wedle, której odpowiadają za to dwie czarne dziury znajdujące się w centrum M87.

 

Klaster HVGC-1 mógł znaleźć się zbyt blisko czarnych dziur. W wyniku oddziaływania z nimi wiele zewnętrznych gwiazd gromady zostało wchłonięte jednak gęsty rdzeń gromady pozostał nienaruszony. Następnie, czarne dziury zadziałały jak proca i wyrzuciły HVGC-1. Prędkość, z którą opuściły galaktykę M87 była tak wysoka, że teraz gromada dryfuje w przestrzeni międzygalaktycznej.

 

 

 


Niezwykły widok w kosmosie – mgławica w kształcie motyla

Astronomowie zdołali wykonać niepowtarzalne zdjęcie mgławicy, zwanej Roberts 22, albo AFGL 4104. Jest to wczesna forma tak zwanej mgławicy protoplanetarnej, która powstaje wtedy, gdy zakończeniu ulega cykl życia gwiazdy.

 

Tym razem udało się sfotografować to ciało niebieskie dzięki teleskopowi Hubble'a. Dla tych niebiańskiego obiektu można zaobserwować z Ziemi, ponieważ jest od nas w stosunkowo niewielkiej odległości, kilkuset lat świetlnych.

 

Takie ciała niebieskie powstają gdy w wyniku wypalania się paliwa gwiazdy następuje odrzucenie materii od ich centrum. Ekspansja ta trwa wystarczająco długo, aby gorący gaz mógł się zjonizować, co objawia się emitowaniem blasku.

Przeobrażenie gwiazdy, która dała jej początek rozpoczęło się 400 lat temu. Mgławica składa się obecnie z misternie splecionych nici, które upodabniają ją do motyla. Naukowcy twierdzą, że rozmiar tego obiektu zmienia się. Dzieje się tak, gdyż dochodzi coraz więcej materii z gwiazdy.

Podobna mgławica protoplanetarna powstała kiedyś, gdy umarła gwiazda będąca poprzednikiem naszego Słońca. Dopiero potem uformowała się nasza rodzima gwiazda i powstał nasz Układ Słoneczny.

 

Astronomowie sugerują, że jeśli mamy dowody na to, że mgławica zaczęła się tworzyć mniej więcej 400 lat temu, oznacza to, że do czasu ostatecznego zakończenia tego cyklu życia gwiazd potrwa jeszcze kilka stuleci.

 

 


Obiekt 'G2" niemal nietknięty mimo zbliżenia do czarnej dziury w centrum Galaktyki

Jak informowaliśmy jakiś czas temu, cały astronomiczny świat czeka na zderzenie obiektu astronomicznego zwanego jako chmura gazu G2 oraz centralnej supermasywnej czarnej dziury Sagittarius A (Sgr A*). Wszystko wskazuje na to, że konsumpcja już się rozpoczęła, ale astronomowie są zaskoczeni niewielkim poziomem dekompozycji obiektu.

 

Ostatnie obserwacje tego interesującego spektaklu odbywającego się około 26 tysięcy lat świetlnych od Ziemi, wykonano w Keck Observatory na Hawajach. Podczas obserwacji dokonanych 19 i 20 marca ustalono, że gęstość chmury jest na tyle duża, że musi zawierać w sobie pozostałość gwiazdy.

 

Konkluzja jest taka, że obiekt został pochopnie zaklasyfikowany jako chmura gazowa. Zmienia to nieco oczekiwania jakie formułują teraz astrofizycy względem tego wydarzenia. Teoretycznie obiekt powinien utworzyć dysk akrecyjny, który będzie podlegał anihilacji. Zniszczenie obiektu jest pewne, ale dynamika tego procesu może wyglądać zupełnie inaczej.

Chmura G2 została odkryta w 2011 roku, ale jej istnienie obwieszczono światu dopiero w 2012r. Od początku jasne było, że zmierza ona ku centrum Drogi Mlecznej. Powinna minąć czarną dziurę Sgr A* w odległości około 100 AU, ale to wystarczająco blisko, aby zostać pochwyconym.

Symulacje zbliżenia chmury G2 do Sgr A* - źrodło: ESO/MPE/Marc Schartmann

Teraz, gdy jasne jest, że nie jest to zwykła chmura gazu trzeba na nowo załadować modele i zaproponować jakieś symulacje dla przebiegu tego procesu. Oczywiście i tak wszystko trzeba będzie potwierdzić obserwacjami astronomicznymi, które będą trwały przez następne miesiące. Tylko dzięki temu może się udać potwierdzić czym właściwie jest chmura zwana jako G2 i jak zakończy swój żywot w czarnej dziurze Sgr A*, która ma masę 3,5 mln razy większą od naszego Słońca.

 

 

 


W maju będziemy obserwować kometę i deszcze meteorów

Ziemia przechodzi właśnie przez pozostałości warkocza komety Halleya. Wiąże się to z corocznym deszczem meteorów, tak zwanych Akwarydów. Pod koniec miesiąca czeka nas też spektakl spowodowany przez znaczne zbliżenie do Ziemi komety 209/P LINEAR.

 

Akwarydy trwają od 20 kwietnia do około 20 maja. Aktualnie można je oglądać w całej okazałości. Można się spodziewać kilkudziesięciu tak zwanych spadających gwiazd na godzinę. W niektórych latach notowano nawet do 70 zdarzeń.

Kometa 209/P LINEAR widziana 30 kwietnia 2014 roku

Jednak największy spektakl nastąpi 23 i 24 maja. Wtedy to przetniemy trasę, po której poruszała się kometa 209/P LINEAR. Spodziewana jest wtedy prawdziwa burza meteorów. Ma ich być nawet do tysiąca na godzinę i więcej. Najlepsze warunki do obserwacji będą w Ameryce Północnej.

Kometa 209/P, która wywoła ten deszcz meteorów to bardzo ciekawe ciało niebieskie o orbicie trwającej około 5 ziemskich lat sięga ona daleko poza Jowisza. To właśnie gazowy gigant poprzez oddziaływanie swojej grawitacji wpłynął na orbitę komety 209/P LINEAR przesuwając ją bliżej nas.

W czasie swej drogi przecina też orbitę Ziemi. Tym razem będzie nas mijać całkiem blisko, bo znajdzie się tylko około 8 milionów kilometrów od naszej planety. Astronomowie nie chcą podsycać paniki, ale w ciągu tych dni wszystko jest możliwe włącznie z upadkiem kolejnych ciał niebieskich wielkości tego, które spadło na Rosję w lutym 2013 roku.

 

 

 


Uran widziany z orbity Saturna

Sonda Cassini raczyła nas już w przeszłości ciekawymi zdjęciami. Poza systemem Saturna fotografowała też Ziemię. Ostatnio udało jej się zrobić bardzo ładne zdjęcie Urana, kolejnej bardzo dużej planety w naszym Układzie Słonecznym.

 

Uran i Neptun bywają czasami nazywane lodowymi gigantami. Ma to je odróżnić od klasycznych gazowych gigantów jak Jowisz i Saturn, składających się głównie z wodoru i helu. Planety te w większości składają się z wody, amoniaku i metanu, a ze względu na dystans do Słońca można założyć, że te składniki występują tam w formie lodu.

Gdy wykonywano to zdjęcie Uran był niemal w opozycji do Słońca i znajdował się w odległości 28,6 AU od Sondy Cassini (1 AU = 150 mln. km). Przy największym zbliżeniu Urana i Saturna, co ma miejsce raz na 30 lat, odległość między planetami wynosi tylko 10 AU.

Uran - foto: NASA

 

 

 


Naukowcy z NASA odkryli najzimniejszą gwiazdę

Naukowcy z NASA odkryli bardzoo bliską Ziemi nieudaną gwiazdę, tak zwanego brązowego karła. Jest to ciało niebieskie o rekordowo niskiej temperaturze. Obiekt został wykryty zarówno za pomocą teleskopów WISE i Spitzer.

 

Brązowy karzeł to obiekt większy od Jowisza, ale mniejszy od Słońca, czyli nie posiada odpowiedniej masy, aby utrzymać normalne reakcje jądrowe. Obiekt znajduje się na obrzeżach Układu Słonecznego.

 

Nazwano go WISE J085510.83-071442,5. Nieudana gwiazda jest zlokalizowana mniej więcej 7,2 lat świetlnych od Ziemi i jest to czwarty najbliższy system jaki został odkryty. Najbliższa gwiazda od Słońca to Alpha Centauri znajdująca się około 4 lat świetlnych.

Źródło: NASA

Jej szacowana masa to 3 do 10  razy masa Jowisza. Temperatura na powierzchni nowego sąsiada Układu Słonecznego waha się w zakresie od minus 13 do minus 48 stopni Celsjusza. Oznacza to, że jest to najzimniejsza prawie gwiazda. Inne brązowe karły mają przeważnie temperaturę pokojową, czyli dwadzieścia lub więcej stopni.

Teleskop Spitzer - źródło: wikipedia

Naukowcy mają nadzieję, że "lodowa" nieudana gwiazda jest zdecydowanie najciekawszym obiektem wykrytym ostatnio przez ludzkość. Specjaliści mają nadzieję rzucić światło na tajemnicę niektórych egzoplanet, z których wiele ma taką samą niską temperaturę.

 

 

 


Niewyjaśnione impulsy energii spoza naszej Galaktyki

Jeszcze w 2011 i 2012 roku australijscy astrofizycy odkryli coś dziwnego. Były to trwające najwyżej kilka milisekund impulsy radiowe, które miały ogromną energię. Do tej pory nie potwierdzono tego zjawiska w innym obserwatorium, ale okazuje się, że to samo odebrano w Arecibo.

 

Okazuje się, że te dziwne sygnały odebrano również za pomocą największego działającego obecnie radioteleskopu na świecie, czyli Arecibo Observatory w Puerto Rico. Wcześniej kilkadziesiąt takich sygnałów odebrało obserwatorium Parkes w Nowej Południowej Walii, w Australii.

 

Specjaliści ustalili, że impulsy radiowe pochodziły spoza Drogi Mlecznej i każdy z nich miał energię tak dużą, że nasze Słońce emituje taką porcję w czasie 300 tysięcy lat. Nikt nie spotkał jeszcze takiego zjawiska, a fakt, że trwa ono niezwykle krótko utrudnia poznanie jego istoty.

 

Astrofizycy spekulują wciąż na temat przyczyn tych rozbłysków. Robocze teorie zakładały, że odpowiadają za to zderzenia magnetarów,  lub są to tak zwane blitzary, gwiazdy neutronowe transformujące się w czarne dziury. Jednak żadna z tych teorii nie została jeszcze potwierdzona i niewykluczone, że astrofizycy odkryli właśnie zupełnie nowe zjawisko kosmiczne.

 

Obserwacje tego zjawiska z Arecibo dokonano już 2 listopada 2012 roku. Rozbłysk trwał 3 milisekundy. Sygnał radiowy był emitowany na wielu długościach fal jednocześnie, ale ze względu na to, że między wykryciem emisji na niektórych częstotliwościach zaobserwowano opóźnienia było to dowodem na to, że sygnały pochodzą ze źródeł oddalonych od nas o miliardy lat świetlnych.

 

 


Misja LADEE zakończyła się, sonda uderzyła o powierzchnię Księżyca

Sonda LADEE (Lunar Atmosphere and Dust Environment Explorer) uderzyła w powierzchnię naszego naturalnego satelity i w ten sposób NASA zakończyła misję. Jednak tuż przed impaktem, statek kosmiczny z powodzeniem nawiązał łączność laserową z bazą, należącą do Europejskiej Agencji Kosmicznej.

 

Przypomnijmy, że sonda LADEE wystartowała 7 września 2013 roku, natomiast jej misja zakończyła się dokładnie 18 kwietnia w wyniku zaplanowanego zderzenia z powierzchnią Księżyca. Naukowcy z NASA podjęli taką decyzję ze względu na brak paliwa na pokładzie statku kosmicznego, który miał kluczowe znaczenie dla utrzymania odpowiedniej orbity wokół naturalnego satelity.

 

Celem tej misji było między innymi zbadanie uderzeń cząstek pyłu i ich wielkości. Ma to pomóc w projektowaniu bazy księżycowej i przyszłych misji bezzałogowych. NASA chciała również ustalić gęstość, skład i zmienność czasową śladowej atmosfery Księżyca oraz ustalić tajemnicze pochodzenie rozproszonej emisji światła nad powierzchnią naturalnego satelity. Obserwacje te zostały przeprowadzone przez astronautów w trakcie misji Apollo 17.

 

Misja LADEE była również dobrą okazją dla przetestowania łączności laserowej między bazą naziemną a sondą, orbitującą wokół Księżyca (odległość 384 tysicy kilometrów). Przesyłanie danych było możliwe z prędkością 622 megabitów na sekundę. Tuż przed uderzeniem sondy o powierzchnię Księżyca, naukowcy dokonali kolejnej, ostatniej już łączności ze statkiem kosmicznym - pobrali wszystkie ważne informacje na minuty przed impaktem.

 

 

 


Strony