Kwiecień 2013

Astronomowie odkryli trzy Super-Ziemie w strefach mieszkalnych odległych gwiazd

Należący do NASA teleskop "Kepler" odkrył dwa nowe systemy planetarne, które obejmują trzy planety podobne do Ziemi. Na dodatek znajdują się w tak zwanych egzostrefach gwiazd, czyli w miejscach, w których moc promieniowania gwiazdy pozwala na zapewnienie jasności powierzchni planety i utrzymanie temperatury, dzięki której przynajmniej teoretycznie może tam istnieć woda w stanie ciekłym.

 

System Kepler-62 ma pięć planet: 62b, 62c, 62d, 62e i 62F a system Kepler-69 składa się z dwóch planet: 69b i 69c. Kepler-62e, 62f i 69c są tak zwanymi super-Ziemiami. Mówimy tak na planety, które są zbliżone wielkością do naszej planety.

 

Dwie z nowo odkrytych planet krążą wokół gwiazd mniejszych i chłodniejszych od naszego Słońca. Kepler-62F ma tylko 40% wielkości Ziemi, co sprawia, że jest najbliższą pod względem wielkości egzoplaneta, znajdującą się na orbicie w strefie mieszkalnej odległej gwiazdy. Kepler-62f, prawdopodobnie ma krzemianowe kompozycję. Orbita planety Kepler-62e znajduje się w wewnętrznej części strefy mieszkalnej, a ta planeta jest o 60% większa od Ziemi.

Teleskop Kepler - Źródło: NASA

Trzecia planeta to Kepler-69c, o 70% większa od Ziemi. Znajduje się w strefie sprzyjającej rozwojowi życia, na orbicie wokół gwiazdy bardzo podobnej do Słońca. Naukowcy nie wiedzą, czy na tych planetach może istnieć życie, ale są przekonani, że ich odkrycie przybliża nas o krok dalej do jego odnalezienia.

 

 


Eksplodująca gwiazda spowodowała najdłuższy rozbłysk gamma, jaki obserwowano w historii

Największy gwiezdny wybuch od czasu Wielkiego Wybuchu został połączony z nowo odkrytym oraz ultra-długim rozbłyskiem gamma. Astronomowie wierzą, że jest to zupełnie nowa rodzaj tego potężnego zjawiska.

 

Błyski gamma to najjaśniejsze eksplozje we Wszechświecie. Powstają w potężnych eksplozjach o wysokiej energii. Zazwyczaj sygnalizują śmierć masywnej gwiazdy niekiedy prowadząc do powstania czarnej dziury.  Do tej pory naukowcy klasyfikowali rozbłyski gamma, jako krótkie (zazwyczaj trwające mniej niż dwie sekundy) i długie (zwykle 20 do 50 sekund, w niektórych przypadkach trwające do kilku minut).

 

Konkluzja, że istnieje jeszcze jeden rodzaj tych zjawisk możliwa była dzięki analizie danych zebranych przez należącego do NASA satelity Swift. Zdołał on udokumentować w ciągu ostatnich kilku lat, że zdarzają się rozbłyski, które mogą trwać nawet do godziny, czyli 100 razy dłużej niż zwykle. Pierwszy taki rozbłysk, GRB 101225A, wykryto w dzień Bożego Narodzenia 2010 roku. Bardzo zaskoczył astronomów, którzy domyślali się, że dziwny długotrwały sygnał powstał w wyniku komety lub asteroidy spadające na gwiazdę neutronową lub gwiazdy neutronowej spadającej na większego gwiazdę towarzyszącą.

 

Jednak nie doszacowali odległości, bo dzięki analizom dokonanym za pomocą teleskopu Gemini na Hawajach, oraz Very Large Telescope w Chile i Kosmicznego Teleskopu Hubble'a, naukowcy stwierdzili, że wybuch nastąpił w imponującej odległości 7 miliardów lat świetlnych od Ziemi.  Oznaczało to, że pochodził z bardzo odległego kosmosu i musiał być bardzo silny skoro emisja docierała aż do tej pory.

 

W 2011 roku odkryto rozbłysk zwany GRB 111209A, który trwał pełne siedem godzin, co czyni go najdłuższym rozbłyskiem gamma w historii. Naukowcy zdali sobie wtedy sprawę, że te wiązki promieniowania gamma mogą pochodzić z ogromnych niebieskich gwiazd nadolbrzymów, które są od 100 do 1000 większe niż nasze Słońce i mogą się rozciągnąć na sto milionów do miliarda kilometrów średnicy. Według astronomów te ultra-długie rozbłyski gamma występują przede wszystkim w przypadku gwiazd o niskiej częstości występowania wszystkich elementów cięższych od wodoru i helu. Ponieważ gwiazdy w Drodze Mlecznej są stosunkowo bogate w cięższe pierwiastki, takie eksplozja w naszej okolicy są bardzo mało prawdopodobne.

 

 


Jasny meteor widziany nad Polską i Słowacją mógł pochodzić z roju Lirydów

Dwa dni temu w nocy bardzo wielu mieszkańców Polski i Słowacji widziało jasny obiekt spadający na niebie. Po ostatnich wypadkach z czelabińska ludzie są wyczuleni na takie obserwacje. Trudno się dziwić, że budzą one zaniepokojenie, gdy ogląda się ich skutki. Tym razem jednak nie była to niewielka zabłąkana asteroida, lecz cześć składowa roju meteorów o nazwie Lirydy.

 

 

Lirydy to właściwie szlak pyłu i odłamków, jakie pozostawiła za sobą kometa Thatcher (C/1861 G1 Thatcher), która ostatnio odwiedziła Układ Słoneczny w 1861 roku.  Szczyt roju będzie w nocy z 22 na 23 kwietnia 2013, ale pierwsze z nich już pojawiają się na niebie począwszy od 16 kwietnia. Po raz pierwszy ten deszcz meteorów został opisany w 687 roku p.n.e. przez chińskich obserwatorów nazywających je jasnymi jak gwiazdy.  W 1982 Lirydy były również bardzo jasne, a częstość ich występowania dochodziła do 90 meteorów na godzinę. Przez kilka minut odnotowano od 180 do 300 meteorów.

Ostatnio jednak Lirydy nie są tak jasne a ich częstotliwość występowania może spaść do 10-20 meteorów na godzinę.  Są one najlepiej widoczne w północnych i średnich szerokościach geograficznych, gdy Vega jest najwyżej na niebie.  Aby móc je zobaczyć w całej okazałości należy wybrać lokalizację poza miastem i najlepiej we wczesnych godzinach, gdy zbliża się pełnia Księżyca. Jego fazy są w stanie nawet zapobiec spektaklowi.

 

Aby zobaczyć Lirydy nie trzeba teleskopu lub lornetki. Końcowa faza przejścia Ziemi przez ten rój w 2013 roku nastąpi w dniu 25 kwietnia.  Za to sprawca zamieszania, kometa Thatcher po raz kolejny zawita do naszego systemu planetarnego w 2276 roku.

 

 

 


Rosjanie planują wylądować na księżycu Jowisza, Ganimedesie

Rosyjski program kosmiczny nabiera ponownie rozpędu. Naukowcy zapowiedzieli właśnie kolejną śmiałą misję. Zamierzają wysłać dwie sondy kosmiczne w okolice Jowisza, których celem będzie dokładne zbadanie największego księżyca w Układzie Słonecznym, Ganimedesa.  Jedna z sond stanie się jego orbiterem a druga spróbuje wylądować na jego powierzchni.

 

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem około 2029 roku osiągną one okolice Jowisza, a za kolejny rok lub dwa wejdą na orbitę Ganimedesa.  Ten wielki księżyc spokojnie mógłby być planetą. Najlepiej świadczy o tym fakt, że jest większy od Merkurego. Glob ten od dawna przyciąga uwagę naukowców.  Jego cienka atmosfera posiada tlen, jednak nie ma bezpośrednich dowodów na istnienie tam nawet prymitywnego życia.  Ponadto, satelita posiada silne pole magnetyczne.  Tak jak w przypadku innych dużych księżyców istnieje hipoteza, że pod grubą powłoką lodowa znajduje się ogromny słony ocean, co powoduje dodatkowy wzrost prawdopodobieństwa istnienia tam życia.

Zdjęcie Ganimedesa wykonane przez sondę kosmiczną Galilieo - Foto: NASA

Droga na Jowisza nie będzie łatwa.  Do wystrzelenia sond kosmicznych planuje się wykorzystanie rakiet nośnych "Proton" lub "Angara" oraz specjalnie zmodyfikowanych orbitalnych bloków napędowych, których celem będzie nadanie pojazdom właściwego kierunku i prędkości.  Naukowcy obliczyli już optymalną trajektorię.  Początkowo pomocna będzie grawitacja Wenus, potem dwukrotnie Ziemi i dopiero potem sondy udadzą się w długą podróż.

Zdjęcie Ganimedesa w kolorach rzeczywistych wykonane przez sondę kosmiczną Galilieo - Foto: NASA

Po osiągnięciu Ganimedesa lądownik o wadze około 800 kilogramów spróbuje osiągnąć powierzchnię a drugi statek kosmiczny znajdzie się orbicie satelity i będzie odpowiadał za komunikację z Ziemią.  Oba próbniki otrzymają radioizotopowe źródła zasilania.  Plan lotu na Ganimedesa mieli też naukowcy z ESA, dlatego nie jest wykluczone, że projekt stanie się z czasem międzynarodowy.

 

 


Metan na Tytanie niedługo się wyczerpie

Tytan to największy księżyc Saturna. Jest to też jedyne oprócz Ziemi znane nam ciało niebieskie, na którym znajdują się jeziora, rzeki oraz przebiega cyrkulacja atmosferyczna z deszczem włącznie. Jednak zamiast wody znajduje się tam gaz w formie płynnej, głównie metan i etan. Najnowsze ustalenia wskazują na to, że skroplonego gazu wkrótce może być tam mniej aż zniknie całkowicie.

 

Śledząc część powierzchni Tytana w ciągu kilku lat trwania misji Cassini NASA znalazła niezwykłą trwałość jezior węglowodorów znajdujących się na powierzchni tego księżyca.  Zespół kierowany przez Christophe'a Sotin z NASA Jet Propulsion Laboratory w Pasadenie w Kalifornii, próbował podstawić te dane celem zmodelowania zjawisk zachodzących w tamtej atmosferze i doszedł do wniosku, że metan na Tytanie może się wkrótce skończyć.

Foto: NASA / JPL-Caltech / University of Arizona

Wkrótce oczywiście biorąc za miarę geologiczną skalę czasu.  Zespół pracujący na danych pozyskanych z sondy Cassini sugeruje, że metan znajdujący się na Tytanie może pochodzić z jakiegoś gigantycznego wybuchu z wnętrza tego Księżyca, do którego musiało dojść dawno temu. Nic nie wskazuje na to, że istnieje jakiś mechanizm uzupełniania węglowodorów a to samo przez się oznacza, że metan z Tytana może zniknąć w ciągu następnych kilkudziesięciu milionów lat.

Widok Tytana podczas lądowania na jego powierzch próbnika Huygens  Foto: NASA / ESA

Tytan jest jedynym miejscem w Układzie Słonecznym, który ma stabilną cieczy na powierzchni.  Naukowcy sądzą, że metan jest sercem cyklu pogodowego tam zachodzącego, który jest nieco podobny do roli wody w cyklu hydrologicznym na Ziemi. Powoduje na przykład deszcz i wpływa na rzeźbę kanałów i paruje z jezior.

Naukowców zaskoczyło to, że jeziora wydają się niezwykle stałe w swej wielkości i kształcie. Na przestrzeni kilku lat zbierania danych przez Cassiniego dokonywanych zarówno w paśmie wizualnym i za pomocą spektrometrów podczerwieni potwierdzono, że jeziora odparowują bardzo powoli. Metan ma tendencję do szybkiego parowania, więc naukowcy uważają, że jeziora muszą być zdominowane przez inny węglowodór, etan, który paruje wolniej.

Widok powierzchni Tytana po wylądowaniu próbnika Huygens  Foto: NASA / ESA

Jeziora nie tylko nie parują tak jak by tego oczekiwano, ale też nie wypełniają się szybko nową cieczą. Poza tym naukowcy nie widzieli zbyt wielu przypadków deszczu węglowodorów na tym księżycu w trakcie trwającej już 8 lat misji sondy kosmicznej Cassini w okolicach Saturna.  Oznacza to, że na Tytanie metanu stale znika poprzez rozerwanie wiązań atomowych, co prowadzi do wytworzenia etanu.

 

 

 


Prywatny teleskop kosmiczny będzie wkrótce polował na nieznane asteroidy

Gdy 15 lutego 2013 roku nad Rosją spadła asteroida stało się jasne, że ryzyko przypadkowego bombardowania Ziemi przez asteroidy jest bardzo realne. Dotychczas tylko nieliczni zdawali sobie sprawę z tego jak bardzo ograniczone są ziemskie możliwości obserwacji zagrażających nam kosmicznych skał. Musiało dojść do natchnęło prywatną organizację non-profit do podjęcia środków w celu zwalczania zagrożeń w przestrzeni.

 

Fundacja B612 została założona w 2002 roku przez byłych astronautów NASA, Eda Lu i Rusty’ego Schweickarta oraz osoby z nimi współpracujące. Geneza powstania tej organizacji była potrzeba zwrócenia uwagi na niebezpieczeństwa kosmiczne. Aby w realistyczny sposób przyczynić się do ochrony Ziemi fundacja B612 planuje uruchomić teleskop kosmiczny, zwany Sentinel (strażnik).

 

Jego eksploatacja ma się zacząć w 2017 roku a głównym celem pracy będzie opracowanie katalogu planetoid w pobliżu Ziemi, w tym przede wszystkim takich, które mogą być niebezpieczne dla naszej planety. Jak twierdzą naukowcy do tej pory udało się zidentyfikować około 90% asteroidów w pobliżu Ziemi. Część z nich jest wystarczająco duża, aby zniszczyć całą planetę.

Asteroidy mające około 1 km średnicy są już w większości poznane przez naukowcom, ale liczba wykrytych małych skał kosmicznych, które mogą zniszczyć całe miasto, poznaliśmy o wiele mniej. Zadaniem Sentinela będzie odkrycie około 90% planetoid klasy "niszczyciel miast". Ma do tego dojść podczas 6,5-letniego okresu pracy urządzenia. Koszt misji ma wynieść około 450 milionów dolarów i będzie ona finansowana w całości ze środków prywatnych. Wsparcie kompetencyjne dla projektu zostanie zapewnione przez amerykańską agencję kosmiczną NASA. Powodzenie przedsięwzięcia zależy również od możliwości zgromadzenia niemałych funduszy.

 

 

 


Niewyjaśnione błyski na Księżycu mogą być związane z aktywnością słoneczną

Jakkolwiek brzmi to dosyć dziwnie na Księżycu dochodzi do niewyjaśnionych zjawisk optycznych objawiających się w postaci jasnych błysków widocznych na jego powierzchni. Nie wiadomo, co je powoduje, ale są one faktem. Wciąż testowane są nowe hipotezy na temat przyczyn występowania tego fenomenu, ale nawet bardzo dokładne badania nie przynoszą oczywistych rozwiązań. Tym razem tematem zajęli się brytyjscy astronomowie.

 

Zjawisko to astronomowie nazywają TLPs od angielskiego sformułowania Transistent Lunar Phenomena. Pierwsze przypadki jego wystąpienia sięgają średniowiecza. Mnichowie z Canterbury 18 czerwca 1178 roku zaobserwowali dziwny błysk na powierzchni Księżyca. W 1787 roku angielski astronom William Herschel zauważył trzy jaśniejące punkty na powierzchni Księżyca. Pośpiesznie poinformował o tym Króla Jerzego III. Zaproponował hipotezę wedle, której były to oznaki wulkanizmu księżycowego.

 

Tych zdarzeń przybywało i trwa to do dzisiaj. Inne teorie sugerowały, że błyski to po prostu uderzenia meteorów. Poszukiwano, zatem korelacji między ich występowaniem a czasem przelotu największych deszczów meteorów. Nie udało się tego potwierdzić w odpowiednim stopniu u praktycznie nie obserwowano chmur pyłu, jakie powinny towarzyszyć takim impaktom.

 

Zjawiska te są traktowane przez naukę bardzo poważnie zwłaszcza, że incydentów przybywało. NASA powołała nawet specjalną grupę, Project Moon-Blink, której zadaniem miało być ustalenie co błyska na Księżycu. Projekt funkcjonował w tym samym czasie gdy trwał program Apollo. Zespół skoncentrował się zwłaszcza na bardzo częstych doniesieniach o błyskach w okolicy krateru Aristarchus. Poproszono nawet Neila Armstronga, aby szczególnie przyglądał się temu kraterowi podczas przelotu w jego pobliżu na pokładzie Apollo 11. Według niego powierzchnia była lekko fluorescencyjna.

 

Najnowsze badanie fenomenu TLPs przeprowadzili astronomowie z British Astronomical Association’s (BAA). Stowarzyszenie wzięło pod uwagę wszystkie przypadki zanotowane między 1700 a 2010 rokiem. Ich wiarygodność oceniano punktami od 1 dla amatorskich obserwacji do 5 przy profesjonalnych obserwacjach przypadków błysków sklasyfikowanych jako TLPs. Następnie nałożono dane na znane wzorce takie jak ilość plam słonecznych i towarzysząca im aktywność Słońca. Jednak teoria, że to wiatr słoneczny powoduje zjawiska elektrostatyczne na powierzchni Księżyca nie została ostatecznie potwierdzona i zespół naukowców sugeruje potrzebę dalszego badania tych niewyjaśnionych fenomenów optycznych.

 

 

Źródła:

http://www.baalunarsection.org.uk/2013-03-lsc.pdf

http://en.wikipedia.org/wiki/Transient_lunar_phenomenon


Kometa C /2013 A1 jednak nie zderzy się z Marsem

Nowe obserwacje komety C/2013 A1 (Siding Spring) pozwoliły na znaczne udoskonalenie orbity komety i wszystko wskazuje na to, że jednak nie dojdzie do kolizji tego ciała niebieskiego z powierzchnią Marsa w październiku 2014 roku. 

 
Na podstawie nowych danych ustalono, że ewentualna kolizja jest o wiele mniej prawdopodobna niż sądzono wcześniej. Ostatecznie najmniejszy dystans do Marsa komety C/2013 A1 wyniesie około 110 tysięcy kilometrów od powierzchni.
 
Oczywiście kometa musi być nadal obserwowana, aby kontrolować jej pozycję na orbicie oraz jej ewolucję z powodu oddziaływań grawitacyjnych. Nowe dane zebrane przez NASA znacznie zmniejszą prawdopodobieństwo kolizji komety z Marsen z około 1 do 8000 na około 1 do 120 000.
 
Ostatni szacowany czas przejścia tego obiektu w najbliższej okolicy Czerwonej Planety jest to 18:51 UTC 19 października 2014 roku. W chwili największego zbliżenia, kometa będzie po nasłonecznienionej stronie planety. Przyszłe obserwacje C/2013 A1 mogą jeszcze ulepszyć naszą wiedzę o jej orbicie. 
 
Warto zauważyć, że już w październiku tego roku równie blisko Marsa przejdzie kometa ISON, której przelot przez Układ Słoneczny ma być wydarzeniem astronomicznym dekady. 
 
 

Enceladus emituje nieprzerwany strumień wody

Szósty co do wielkości księżyc Saturna, Enceladus, to bardzo ciekawy obiekt. Jest dosyć mały, bo ma jedynie 512 kilometrów średnicy i całą jego powierzchnię pokrywa lodowa skorupa. Gdy w 2005 roku zbliżyła się do niego sonda kosmiczna Cassini okazało się, że z jego powierzchni dochodzi do jakiejś nietypowej erupcji.

 

Strumienie zaobserwowano w okolicach południowego bieguna tego globu. Od czasu, gdy zobaczono to po raz pierwszy minęło 8 lat a nadal trwa ta niezwykła emisja. Strumienie lodowych cząstek uformowały tak zwany pierścień E Saturna i to właśnie w jego obrębie znajduje się Enceladus. Podejrzewa się, ze pod powierzchnią lodowego księżyca znajduje się ocean. Tylko tak można wytłumaczyć ta wieloletnią emisję. Astronomowie spekulują w związku z tym, że Enceladus jest jednym z ciał niebieskich, które może zawierać życie w formie bakteryjnej. Zanim to jednak sprawdzimy minie z pewnością bardzo dużo czasu.

Według danych z sondy Cassini emisja cząstek z Enceladusa jest zaskakująco gorąca, o ile w ogóle można mówić w takich kategoriach o ciele ze średnią temperaturą -93 stopnie Celsjusza. Jednak na warunki w okolicach Saturna to naprawdę sporo. To prawie dwa razy cieplej niż średnia temperatura pozostałej części Enceladusa.

Pierścień E Saturna i Enceladus w tle - źródło NASA/Cassini

Wśród sensownych hipotez zaproponowanych dla rozwiązania tej zagadki zaproponowano takie zakładające, że strumień wody musi być zasilany ze szczelin w lodzie a ich grubość musi sięgać aż do subglacjalnego oceanu. Ogrzewanie się wody emitowanej w strumieniach odbywa się według uczonych w wyniku ruchów pływowych w pod lodowym oceanie, do których dochodzi w wyniku interakcji z gazowym olbrzymem.

Powierzchnia Enceladusa - źródło NASA/Cassini

 

Źródła:

http://www.lpi.usra.edu/meetings/lpsc2013/pdf/1775

http://www.universetoday.com/100864/enceladus-jets-reach-all-the-way-to-its-sea/

 


Na Marsie znaleziono dumę radzieckiego programu kosmicznego

Dzięki analizom zdjęć powierzchni Marsa, wykonywanym przez należącego do NASA orbitera Mars Reconnaissance, odkryto radziecką sondę "Mars-3", która wylądowała na Czerwonej Planecie pod koniec 1971 roku.

 

Zdjęcia analizowali rosyjscy zapaleńcy poszukujący śladów bytności historycznych radzieckich próbników. Wielkość i kształtu obiektu jest w pełni zgodny z radziecką sondą. Zdjęcie przedstawia spadochron, osłonę termiczna i moduł lądownika.

Radziecka automatyczna sonda międzyplanetarna Mars-3 składała się z modułu orbitera i lądownika. Orbiter nie zdołał dotrzeć na zakładaną orbitę o okresie obiegu 20 godzin, ale w związku z utrata części paliwa znalazł się ostatecznie na orbicie 12 godzinnej. Dokładnie 2 grudnia 1971 roku na Czerwonej Planecie znalazł się lądownik. Było to pierwsze i jedyne lądowanie na Marsie dokonane przez Rosjan. Wszystkie inne misje skończyły się fiaskiem.

Orbiter sondy Mars-3

Planowano, że sonda będzie badać Marsa z orbity, jak i z powierzchni, ale komunikacja z urządzeniem została utracona 14,5 sekundy po tym, gdy urządzenie zaczęło przekazywać informacje.  Zdaniem ekspertów, sonda została uszkodzona w wyniku rozładowania elektryczności statycznej.

 

 


Strony