Sierpień 2017

Astronomowie odkryli trzy planety podobne do Ziemi w pobliskim systemie gwiezdnym

Badacze z Uniwersytetu Genewskiego dokonali odkrycia w pobliskim systemie gwiezdnym. Z pomocą spektrometru HARPS (High Accuracy Radial velocity Planet Searcher) oraz Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO) zidentyfikowano trzy planety - jedna z nich posiada masę zbliżoną do Ziemi.

 

Ciała niebieskie orbitują wokół YZ Ceti - jest to czerwony karzeł położony w gwiazdozbiorze Wieloryba. Znajduje się około 12 lat świetlnych od nas i należy do gwiazd najbliższych Układowi Słonecznemu, lecz jest niewidoczna gołym okiem. Dzięki prowadzonym obserwacjom wykazano, że znajdują się tam co najmniej trzy planety, które krążą w niewielkiej odległości od gwiazdy macierzystej.

 

Egzoplanety te oddalone są od YZ Ceti odpowiednio o 0,016 AU (jednostka astronomiczna - 1 AU = około 150 milionów kilometrów), 0,021 AU i 0,028 AU. Mamy zatem do czynienia z mocno ściśniętym układem. Ta najbardziej zbliżona do swojej gwiazdy posiada 75% masy Ziemi. Druga w kolejności jest niemal tak samo masywna jak nasza planeta - posiada 98% masy. Z kolei trzecia najbardziej oddalona egzoplaneta jest cięższa od Ziemi o 14%.

 

W przypadku czerwonych karłów planety zwykle orbitują bardzo blisko gwiazdy. Tak też jest w tym przypadku - każda z nich wykonuje jeden pełny obrót wokół YZ Ceti odpowiednio w 1,97, 3,06 i 4,66 dnia.

 

W pracy naukowej zespół badawczy wskazał na możliwość istnienia jeszcze jednej planety w tym układzie. Naukowcy przypuszczają, że może ona posiadać tylko 47% masy Ziemi i wykonywać jeden pełny obrót wokół gwiazdy w ciągu 1,04 dnia. Jeśli zdołamy ją namierzyć, będzie to jedna z najmniejszych znanych nam egzoplanet.

 

Kolejna informacja jest taka, że żadna z nich nie znajduje się w tzw. strefie zamieszkania. Na podstawie wielkości gwiazdy oraz odległości między nią a planetą naukowcy ustalają czy warunki na niej panujące mogą sprzyjać istnieniu życiu w postaci bakterii. Jednak czerwone karły są małe i emitują wielokrotnie mniej światła niż gwiazdy typu Słońce. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć czy obiekty tego typu mogą pozwalać na powstanie i przetrwanie życia.

 


Sonda Cassini przesyła nam kolejne fascynujące zdjęcia

Sonda Cassini wkrótce zakończy swoją długą podróż. Agencja NASA na swojej stronie internetowej saturn.jpl.nasa.gov odlicza ostatnie dni, godziny, minuty i sekundy życia aparatury badawczej. W momencie pisania tego artykułu, licznik agencji pokazuje 15 dni, 14 godzin i 50 minut. Po tym czasie Cassini wejdzie w atmosferę Saturna, a jej misja już oficjalnie dobiegnie końca.

 

W ramach tzw. Wielkiego Finału, sonda wykonuje przeloty między wewnętrznymi pierścieniami a górną warstwą atmosfery gazowego giganta. Cassini wykonała już 20 takich przejść. Przed sondą pozostały jeszcze tylko dwa zbliżenia do Saturna, po czym nastąpi jej spektakularny koniec.

 

Agencja NASA chce, aby Cassini wykonała jeszcze kilka zadań. 9 września, maszyna wykona ostatni przelot między Saturnem a pierścieniami. Dwa dni później, sonda przeleci w dużej odległości od księżyca Tytana, a podczas kolejnych dni będzie kierowała się wprost w atmosferę planety. 14 września, Cassini wykona ostatnie zdjęcia i prześle je do nas na Ziemię. 15 września sonda będzie wchodziła w gazowego giganta i obróci się w taki sposób, aby mogła rozpocząć badania atmosfery i natychmiast przesyłać dane na Ziemię.

 

NASA będzie utrzymywała kontakt z sondą tak długo, jak jej silniki będą w stanie utrzymywać jej orientację. W pewnym momencie atmosfera Saturna okaże się silniejsza. Wtedy utracimy możliwość kontrolowania Cassini, a co za tym idzie utracimy z nią kontakt. Wlatując w atmosferę tej planety, aparatura badawcza spłonie niczym niewielka asteroida po wejściu w atmosferę Ziemi. 15 września Cassini przestanie istnieć.

 

Zanim do tego dojdzie, wciąż będziemy otrzymywać kolejne dane na temat Saturna oraz zdjęcia. W ostatnim czasie otrzymaliśmy wiele nowych fotografii przedstawiających pierścienie planety, centrum wielkiej sześciokątnej burzy na biegunie północnym oraz księżyc Tytan. Można je zobaczyć poniżej. Więcej zdjęć znajduje się na stronie agencji NASA. [link]

 


NASA chce wysłać na Wenus mechanicznego łazika, inspirowanego czołgami z I wojny światowej

Zaplanowanie misji kosmicznej na Wenus nie jest wcale łatwe. Piekielne warunki jakie panują na tej planecie sprawiają, że wysłane dotychczas sondy badawcze niemal natychmiast psuły się i nie nadawały do dalszej pracy. Nasza elektronika nie jest w stanie przetrwać temperatur rzędu 460 stopni Celsjusza. Dlatego jedna z propozycji zakłada, aby przyszły łazik, zamiast elektroniki, posiadał mechaniczne przyrządy do wykonywania obliczeń.

 

Koncepcja łazika AREE (Automaton Rover for Extreme Environments) pojawiła się po raz pierwszy w 2015 roku. Pomysł NASA zakłada zbudowanie pojazdu napędzanego energią słoneczną i wiatrową, przypominającego czołg z czasów I wojny światowej, który zostałby wyposażony w komputer mechaniczny. Technologia z poprzedniego wieku może okazać się bardzo przydatna do zbadania Wenus.

Źródło: NASA/JPL-Caltech

Zbudowana za czasów ZSRR sonda Wenera 13 trafiła na tę "ognistą" planetę 1 marca 1982 roku. Pojazd badawczy funkcjonował dokładnie przez 127 minut - to i tak długo biorąc pod uwagę założenia, według których maszyna miała przetrwać tylko 32 minuty. Inne sondy psuły się znacznie szybciej, np. Wenera 14 stopiła się już po 57 minutach. Jeszcze inne psuły się zanim dotarły do powierzchni planety.

 

Dlatego ważne jest, aby przyszły łazik posiadał możliwe jak najmniej elementów elektronicznych, lub składał się wyłącznie z części mechanicznych, odpornych na skrajnie wysokie temperatury. Problem ten może rozwiązać sonda AREE, która zgodnie z założeniami agencji NASA potrafiłaby pracować na planecie Wenus o wiele dłużej od radzieckich łazików.

Źródło: NASA/JPL-Caltech

Inżynier mechatroniki Jonathan Sauder oraz inżynier Evan Hilgemann sprawdzą w jaki sposób części mechaniczne, przeznaczone dla sondy AREE, będą reagować na wysokie temperatury. Zbadają przede wszystkim wpływ rozszerzalności termicznej na elementy ruchome. Kolejny problem dotyczy komunikacji z Ziemią i ten również może zostać rozwiązany z pomocą starej technologii. Jonathan Sauder proponuje, aby łazik mechaniczny został wyposażony w urządzenie do odbijania światła. Sygnały świetlne mogłyby być wysyłane w kierunku orbitera, który przekazywałby zakodowane dane na Ziemię.



 


Na Marsie występują nocne burze śnieżne

Kolonizacja Marsa z pewnością będzie trudniejsza niż mogło się wydawać. Czerwona Planeta jest bardzo nieprzyjaznym miejscem do życia dla ludzi - istot przystosowanych do umiarkowanych warunków, jakie panują na Ziemi. Najnowsze badania wskazują, że kolonizatorzy będą musieli poradzić sobie również z intensywnymi burzami śnieżnymi.

 

Na łamach czasopisma Nature Geoscience opublikowano wyniki badań, które powinny niepokoić zwolenników kolonizacji Marsa. Okazuje się, że na powierzchni tej pustynnej planety sporadycznie występują krótkie, lecz intensywne burze śnieżne, które powstają tylko nocą. W tamtejszej atmosferze wciąż mogą formować się wodno-lodowe chmury.

Źródło: James Tuttle Keane/Nature Geoscience

Należący do agencji NASA lądownik Phoenix jako pierwszy dostrzegł opadający śnieg w 2008 roku. Teraz możliwość występowania lokalnych burz śnieżnych została potwierdzona symulacjami komputerowymi. 

 

Obecnie nie wiadomo w jaki sposób burze śnieżne mogłyby wpłynąć na proces kolonizacji Czerwonej Planety. Astronauci będą musieli się zmierzyć także z burzami piaskowymi, skrajnie niskimi temperaturami, licznymi chorobami a przede wszystkim z zagrażającym zdrowiu i życiu promieniowaniem kosmicznym.

 


Po raz pierwszy zarejestrowano obraz powierzchni gwiazdy innej niż Słońce

Badania przeprowadzone z pomocą teleskopu VLT (Very Large Telescope) pozwoliły stworzyć pierwszy szczegółowy obraz powierzchni gwiazdy innej od Słońca. Ponadto udało się uzyskać pierwszą mapę ruchu materii na gwieździe. Dzięki temu odkryto rozległe obszary burzowe w jej potężnej atmosferze.

 

Jaskrawoczerwona gwiazda Antares jest czerwonym nadolbrzymem, który świeci w sercu gwiazdozbioru Skorpiona, oddalona od Słońca o około 550 lat świetlnych. Masywna i stosunkowo zimna gwiazda znajduje się na późnym etapie ewolucji. Ma około 12 milionów lat i w przyszłości stanie się supernową. 

Źródło: ESO

Grupa naukowców pod nadzorem Keiichi Ohnaka z Catholic University w Chile, za pomocą tzw. Bardzo Dużego Teleskopu należącego do Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO), które znajduje się w chilijskim obserwatorium, skonstruowała mapę powierzchni Antares i mierzyła ruchy warstw powierzchniowych gwiazdy. Jest to najlepszy ze wszystkich wizerunków powierzchni i atmosfery gwiazdy poza Słońcem.

Naukowcy odkryli w atmosferze Antares gaz o małej gęstości w znacznie większej odległości od powierzchni gwiazdy niż przewidywano. Badacze doszli do wniosku, że przemieszczanie się gazów nie może być spowodowane konwekcją. Okazuje się, że ruch materii w rozszerzonej atmosferze czerwonych nadolbrzymów może posiadać odrębny, nieznany nam mechanizm.

 


Planeta podobna do Saturna może odpowiadać za anomalię gwiazdy KIC 8462852

Wciąż niewiele wiemy na temat dziwnej, odległej gwiazdy, która w sposób nieregularny traci i odzyskuje jasność. Spadki te mogą wynosić nawet 20% i trwać przez dni lub nawet tygodnie. Ponieważ nie jesteśmy w stanie polecieć tam i sprawdzić co jest grane, możemy jedynie przypuszczać dlaczego gwiazda co jakiś czas gaśnie. Najnowsza teoria może w łatwy sposób wyjaśnić jej dziwne zachowanie.

 

Omawianym obiektem jest gwiazda o nazwie KIC 8462852, która znajduje się około 1480 lat świetlnych od Ziemi w gwiazdozbiorze Łabędzia. Część naukowców sądzi, że tajemnicze spadki jasności mogą być spowodowane obecnością roju komet, choć nie wszyscy są przekonani co do tej teorii. Bardziej racjonalne wyjaśnienie zakłada, że odległą gwiazdę może obiegać specyficzna planeta.

 

Zespół astronomów z Uniwersytetu Antioquia w Kolumbii stwierdził, że KIC 8462852 może zasłaniać egzoplaneta z pierścieniami, przypominająca znanego nam Saturna. Przeprowadzone symulacje zdają się potwierdzać teorię - zarówno sama planeta, jak i jej pierścienie mogą po prostu blokować światło, co z naszej perspektywy może wyglądać tak jakby gwiazda traciła jasność.

 

Oczywiście mamy do czynienia z kolejnymi przypuszczeniami - symulacja komputerowa nie może stanowić dowodu na "dziwność" KIC 8462852, ale może wskazać kierunek badań. Naukowcy mają zamiar wykorzystać te dane, aby porównać je z aktywnością gwiazdy i sprawdzić, czy mogą mieć rację.

 


Naukowcy odtworzyli na Ziemi diamentowe deszcze

Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda przeprowadzili eksperyment, który zakładał odtworzenie warunków panujących w atmosferze gazowych gigantów - Jowisza i Saturna. W laboratorium udało się stworzyć tak zwane diamentowe deszcze a doświadczenie to doprowadziło do pewnego odkrycia.

 

Warunki atmosferyczne panujące na Jowiszu i Saturnie, jak wynika z dotychczasowych badań, sprzyjają opadom diamentowego deszczu. Uważa się, że dzięki wyładowaniom w atmosferze dochodzi do rozbicia cząsteczek metanu. Uwolnione w ten sposób atomy węgla spadają w niższe warstwy atmosfery i poddawane są ekstremalnie wysokiemu ciśnieniu i temperaturom. Procesy te sprawiają, że węgiel przekształca się w grafit, a następnie w diament. Stąd pojawił się termin - diamentowe deszcze.

 

Naukowcy postanowili sprawdzić to zjawisko, odtwarzając te skrajne warunki na Ziemi - konkretniej w laboratorium. Dokonano tego z pomocą najpotężniejszego na świecie lasera rentgenowskiego LCLS (Linac Coherent Light Source), który wygenerował dwa silne wstrząsy na arkuszu polistyrenowym. W ten sposób uzyskano temperaturę ponad 4700 stopni Celsjusza oraz ciśnienie równe 150 gigapaskalom. Wtedy niemal wszystkie atomy węgla w polistyrenie przekształciły się w małe diamenty o szerokości kilku nanometrów.

 

Symulując warunki atmosferyczne na gazowych planetach naukowcy doszli do wniosku, że opady diamentowego deszczu mogą występować nie tylko na Jowiszu i Saturnie, ale także na Neptunie i Uranie. Co więcej, w atmosferach tych dwóch ostatnich planet gazowych mogą powstawać znacznie większe i masywniejsze diamenty.

 


Teleskop VLT pomógł obliczyć orbitę asteroidy, która w październiku mogła zagrozić Ziemi

Dokładnie 12 października tego roku ekstremalnie blisko Ziemi powinna przelecieć asteroida 2012 TC4. Specjaliści zaniepokojeni jej trajektorią lotu zaprzęgli do pracy najpotężniejszy ziemski teleskop VLT (Very Large Telescope), który pozyskał odpowiednią ilość danych konieczną do odpowiedzi na pytanie - czy ta kosmiczna skała zderzy się z Ziemią.

 

Astronomowie od dawna podkreślali, że przelot 2012 TC4 nastąpi w odległości tak niewielkiej, że zwykle na takich wysokościach operują ziemskie sztuczne satelity. Poza tym ze względu na małą ilość danych na temat orbity tego ciała niebieskiego, nie można było wykluczyć nawet kolizji. 

 

Teraz dzięki danym z VLT stwierdzono, że asteroida nie stanowi zagrożenia dla naszej planety. Obiekt znany jako 2012 TC4 jest dość niewielki, jego wymiary to od 15 do 30 metrów. Podobnych rozmiarów był słynny "meteor czelabiński" z 2013 roku. Gdy ustalono, że niebezpieczeństwa nie ma astronomowie postanowili przekształcić ten bliski przelot w coś w rodzaju ćwiczeń naukowych naszej planetarnej obrony. Pozyskane dane na temat lotu 2012 TC4 zostaną wykorzystane w celu sprawdzenia skuteczności ogólnoświatowej sieci rejestracji i śledzenia planetoid.

Źródło: NASA/JPL

Obiektu 2012 TC4 nie obserwowano przez kilka ostatnich lat, a jego orbita była wyliczona tylko metodą matematyczną, która na nie jest zbyt dokładna. Innymi słowy astronomowie nie byli w stanie powiedzieć z dużą pewnością, jak blisko Ziemi znajdzie się to ciało niebieskie w tym roku. 

Teleskop VLT - Źródło: ESA

Na ratunek przyszedł im właśnie VLT (Very Large Telescope, VLT). Pomimo faktu, że w momencie obserwacji 2012 TC4 znajdował się w odległości 56 mln km od Ziemi i miał magnitude jasności 26,4, co jest 60 milionów razy mniej niż jasność Saturna na niebie, to VLT ze swoim ośmiometrowym zwierciadłem dał radę sfotografować asteroidę i wspomógł obliczenia jej orbity.

 

Okazało się, że 12 października 2017, obiekt będzie przechodzić w odległości 43,5 tysięcy kilometrów od naszej planety, czyli nieco poza poziom na którym operują satelity geostacjonarnych. Teraz, gdy pozycja 2012 TC4 została ponownie ustalona i zweryfikowano jej orbitę, czas na teleskopy z całego świata, które wkrótce rozpoczną śledzenie tego kosmicznego gościa.



 


Satelita Mayak uległ awarii

W ostatnich tygodniach zrobiło się dosyć głośno o satelicie Mayak. Urządzenie skonstruowane przez Rosjan miało orbitować wokół naszej planety i świecić niemal tak mocno jak Księżyc. Lecz od momentu wyniesienia satelity na orbitę okołoziemską jeszcze nikt nie był w stanie go zauważyć.

 

Inżynierowie z Moscow State Mechanical Engineering University (MAMU) opracowali miniaturowego satelitę, który 14 lipca został wystrzelony z pomocą rakiety Sojuz. Aparatura miała po pewnym czasie rozłożyć trójkątny żagiel, który odbijałby światło słoneczne w kierunku Ziemi. Takie przynajmniej były założenia projektu wartego niemal 3,9 miliona rubli - tj. prawie 240 tysięcy złotych. Wielu astronomów amatorów spoglądało w niebo w oczekiwaniu na pojawienie się "nowej gwiazdy".

Po tak długim czasie jeszcze nikt nie zdołał zobaczyć satelity Mayak, co sugeruje, że maszyna mogła ulec awarii. Rosyjskie media zaczęły twierdzić, że najwyraźniej coś poszło nie tak. Kierownik projektu Alexander Shaenko wypowiedział się, że żagiel mógł źle się rozłożyć, lub nie zrobił tego wcale. Ogólna sytuacja jest taka, że Mayak jest na orbicie ale nie będzie świecić. Jego ruch wciąż można obserwować na stronie internetowej: http://www.n2yo.com/?s=42830

 

Nieudany projekt rosyjskich inżynierów z pewnością ucieszył wielu astronomów, którzy twierdzili, że tak jasny obiekt na naszym niebie mógłby znacznie utrudnić obserwacje. Jednak na pokładzie satelity znajdowała się również technologia przeznaczona do jego deorbitacji, którą planowano przetestować. Rosyjscy inżynierowie próbują teraz ustalić co mogło doprowadzić do tej usterki.

 


Cassini wkrótce zakończy swój żywot

Powoli zbliża się nieuniknione. Sonda Cassini już za kilka tygodni zniknie w otchłani Saturna. Agencja NASA powiadomiła, że w ramach obecnej misji, tzw. Wielkiego Finału, sonda wykona jeszcze tylko pięć przelotów przez górne warstwy atmosfery gazowej planety.

 

Pierwszy przelot Cassini odbędzie się już w poniedziałek o godzinie 6:22 czasu polskiego. Maszyna zbliży się do górnej warstwy chmur Saturna na odległość od 1640 do 1710 kilometrów. Sonda spotka się z gęstą atmosferą tego giganta i będzie musiała użyć małych silniczków rakietowych, aby zachować stabilność lotu. NASA spodziewa się tam warunków podobnych do tych, jakie napotkano podczas przelotów w pobliżu Tytana, który jest największym księżycem Saturna i również posiada gęstą atmosferę.

Źródło: NASA

Sondę Cassini czeka w sumie pięć takich zbliżeń. 11 września wykona ostatni przelot w pobliżu Tytana, aby jeszcze bardziej zbliżyć się do Saturna, zmniejszyć prędkość orbitalną i skierować się w kierunku atmosfery planety. Spodziwana "śmierć" Cassini ma nastąpić 15 września.

 

Tuż przed wejściem sondy w gęstą atmosferę gazowego giganta, siedem instrumentów naukowych na jej pokładzie rozpocznie pracę, aby na bieżąco gromadzić dane i przekazywać je do nas na Ziemię tak długo jak będzie to tylko możliwe. Ostatecznie Cassini zostanie wciągnięta przez Saturna i rozpadnie się niczym meteor na ziemskim niebie.

 


Strony