Październik 2016

Posiadamy kolejny dowód, wskazujący na obecność dziewiątej planety w Układzie Słonecznym

W Pasie Kuipera, zlokalizowanym poza orbitą Neptuna, znajdują się liczne ciała niebieskie, w tym planety karłowate, takie jak Pluton. Naukowcy z Uniwersytetu w Arizonie zajęli się badaniami tych ciał niebieskich. Stwierdzono, że zachowania niektórych z nich mogą rzeczywiście wskazywać na obecność dziewiątej planety.

 

Główny autor badania, profesor nauk planetarnych Renu Malhotra, wraz ze swoim zespołem analizował dane, dotyczące tych najbardziej oddalonych ciał niebieskich w Pasie Kuipera. Obiekty te charakteryzują się bardzo ekscentryczną orbitą. Różnica w ich okresach orbitalnych jest stosunkowo niewielka co wskazuje na obecność masywnej planety. Jeden z badaczy oszacował, że może ona mieć masę dziesięciokrotnie większą od Ziemi.

 

Wyniki badań zostały zaprezentowane podczas 48. posiedzenia Division for Planetary Sciences oraz 11. Europejskiego Kongresu Nauk Planetarnych w Kalifornii. Praca profesora Renu Malhotra i jego zespołu jest kolejną cegiełką, dokładaną do poszukiwań dziewiątej planety. Posiadamy coraz więcej dowodów, wskazujących na obecność masywnego, tajemniczego ciała niebieskiego za orbitą Neptuna, lecz ostateczne potwierdzenie przyjdzie dopiero wtedy, gdy planeta ta zostanie bezpośrednio zaobserwowana przez nasze teleskopy.

 


Czy terraformacja Marsa jest możliwa?

Terraformacja Marsa jest bardzo poważnie brana pod uwagę przez naukowców. Zmiana warunków na tej planecie, tak aby przypominały te, jakie panują na naszej Ziemi, jest niezbędna, jeśli chcemy tam kiedyś utworzyć ludzkie kolonie.

 

W ciągu 10 lat, pierwsi ludzie powinni zostać wysłani na Czerwoną Planetę. Obecnie trwają przygotowania do pierwszej tego typu misji kosmicznej. Aby człowiek, na dłuższą metę, mógł przetrwać na obcej planecie, należałoby zmienić tamtejsze warunki. W grę wchodzi między innymi podwyższenie globalnej temperatury oraz przystosowanie marsjańskiej gleby do upraw.

 

Specjaliści mają kilka propozycji. Jedna z nich, dość radykalna, polega na zrzuceniu ładunków termojądrowych na biegunach. Spowoduje to rozmrożenie suchego lodu (zestalonego dwutlenku węgla) i powstanie atmosfery, która będzie przechwytywać promienie słoneczne, co pozwoli nagrzać planetę.

Inny pomysł zakłada skierowanie asteroidy lub komety tak, aby uderzyła w Czerwoną Planetę. W wyniku impaktu, wytworzy się wysoka temperatura, która ogrzeje Marsa. Zdaniem naukowców, te ciała niebieskie są nośnikami wody, więc mogłyby ją dostarczyć na planetę.

Kolejna koncepcja opisuje umieszczenie wielkich luster na marsjańskiej orbicie. W ten sposób, moglibyśmy skupiać promienie słoneczne i kierować je w stronę biegunów, doprowadzając do wyparowania czap lodowych.

 

Jeśli człowiek ma zamiar osiedlić się na tej planecie na stałe, musiałby zadbać o produkcję żywności. Cywilizacja ludzka na Marsie nie mogłaby przecież cały czas polegać na dostawach produktów żywnościowych z Ziemi. Naukowcy proponują, aby wysłać na Marsa zmodyfikowane genetycznie bakterie, które pozwolą odmienić tamtejszą glebę i przystosują ją do upraw żywności. Hodowla roślinności pozwoli na produkcję tlenu.

 

Podsumowując, zdaniem naukowców, terraformacja Marsa raczej jest możliwa, ale proces ten będzie trwał strasznie długo. Istnieje również ryzyko, że ingerencja człowieka może sprawić, iż planeta ta stanie się jeszcze bardziej niebezpiecznym miejscem do życia. Nie jesteśmy przecież w stanie przewidzieć czy przekształcenie Czerownej Planety w drugą Ziemię jest w ogóle możliwe. Póki co, operujemy wyłącznie na domysłach, a czas pokaże, czy Mars otrzyma kiedyś przydomek drugiej Błękitnej Planety.

 


Koniec Wszechświata może nastąpić w każdej chwili

Jeśli masz zbyt wiele problemów na głowie, zastanów się nad taką ewentualnością - wszystko co nas otacza, cała nasza cywilizacja, nasza planeta Ziemia, Układ Słoneczny, galaktyki i cały Wszechświat, wszystko to może po prostu zniknąć w ciągu jednej sekundy. Nie zdążylibyśmy pozałatwiać naszych ziemskich spraw, nie zdążylibyśmy nawet pomyśleć o tym, że to koniec. Unicestwienie Wszechświata nastąpiłoby zupełnie tak, jakby ktoś, lub coś, nacisnęło ten przysłowiowy czerwony guzik z trupią czaszką.

 

Wydaje się, że jest to zwyczajnie niemożliwe, lecz taka ewentualność jest traktowana całkiem poważnie. Mówił o niej chociażby brytyjski astrofizyk Stephen Hawking. Aby lepiej zrozumieć ten problem, należy sobie wyjaśnić wszystko od początku.

 

Każdy układ dąży do stanu równowagi. Wyobraźmy sobie wielką kulę śniegu na szczycie góry. Jest niestabilna i ma bardzo dużo energii potencjalnej. Gdy zostanie zepchnięta, najprawdopodobniej stoczy się na sam dół, straci swoją energię i będzie stabilna. Jednak może również dojść do sytuacji, w której kula zatrzyma się w jakimś zagłębieniu i tam pozostanie - tymczasowo. Kula znajdzie się więc w stanie metastabilnym, tj. może zostać wytrącona z obecnego stanu, po czym stoczy się jeszcze niżej, aż osiągnie stan pełnej równowagi.

 

Część naukowców zastanawia się czy pole Higgsa, które wypełnia nasz Wszechświat, rzeczywiście jest stabilne. Jeśli jest ono metastabilne to oznaczałoby, że posiada w sobie dużą ilość energii potencjalnej, która tylko oczekuje na uwolnienie. Wystarczy więc jedna "iskra" i nasz Wszechświat natychmiast ulegnie radykalnej przemianie (czy zniszczeniu, jak kto woli).

 

Jeśli pole Higgsa jest metastabilne, to można je porównać do kawałka drewna, zanurzonego w benzynie. W tym przypadku wystarczy prawdziwa iskra, aby drewno zaczęło płonąć. Jeśli coś wyprowadzi pole Higgsa z tymczasowej równowagi, wtedy "zapłonie" cały Wszechświat. Z naszego punktu widzenia, będzie to oczywiście tragedia na skalę kosmiczną.

"To może nastąpić w każdej chwili, bez ostrzeżenia. Jeśli w dowolnym momencie pojawi się tzw. rozpad próżni, to sfera nowego stabilnego pola Higgsa urośnie z prędkością światła we wszystkich kierunkach. Będzie to niczym podpalenie morza benzyny o wielkości Wszechświata. Sfera ta pożre wszystko na swojej drodze. Bańka będzie rosła w nieskończoność, niszcząc wszystko na swojej drodze. [...] Każda fizyczna rzecz po prostu przestanie istnieć - a życie już nigdy nie będzie możliwe".

Powyższy problem został kilka dni temu ładnie przedstawiony przez autorów kanału naukowego na YouTube, "Kurzgesagt – In a Nutshell". Kilkuminutowe nagranie, pełne miluśnych zwierząt i z kulą śnieżną w roli głównej jako pole Higgsa, można obejrzeć poniżej. Trudno powiedzieć czy nasz świat faktycznie może się tak po prostu skończyć, ale skoro wciąż istniejemy, cieszmy się każdą chwilą, gdyż nie wiemy ile ich jeszcze mamy przed sobą.

 


ESA powiadomiła, że Schiaparelli rozbił się na powierzchni Marsa i mógł eksplodować

Prawdopodobnie odkryliśmy właśnie dlaczego nie otrzymujemy żadnego sygnału od marsjańskiego lądownika Schiaparelli. Dowody przedstawiane przez agencję NASA wskazują, że urządzenie mogło uderzyć o powierzchnię Czerwonej Planety z dużą prędkością. Nie wykluczono, że doszło do eksplozji.

 

20 sierpnia, sonda kosmiczna Mars Reconnaissance Orbiter, która znajduje się na orbicie Marsa, wykonała zdjęcie miejsca, gdzie miało dojść do lądowania. Porównując je z fotografią, wykonaną w maju bieżącego roku, można zaobserwować dwa punkty. Jasna plama to spadochron, który pozwolił Schiaparelli wytracać prędkość. Z kolei czarna plama to najprawdopodobniej miejsce upadku lądownika.

Źródło: NASA/JPL-Caltech/MSSS, Arizona State University

NASA i ESA powiadomiły, że maszyna mogła spadać dłużej niż planowano a jej silniki rakietowe zostały wyłączone zbyt wcześnie. Schiaparelli prawdopodobnie zaczął spadać z wysokości 2-4 kilometrów i uderzył o powierzchnię Marsa przy prędkości ponad 300 km/h.

 

To oznacza, że lądownik po prostu uległ zniszczeniu. W przyszłym tygodniu, Mars Reconnaissance Orbiter skorzysta z kamery wysokiej rozdzielczości HiRISE i wykona dokładniejsze zdjęcia tego regionu. Wtedy przekonamy się, czy Schiaparelli doznał uszkodzeń, czy też eksplodował.

 

Katastrofa lądownika na szczęście nie przyczyniła się do wstrzymania misji ExoMars. Na marsjańskiej orbicie znajduje się sonda Trace Gas Orbiter, która jest w pełni sprawna. Urządzenie to zajmie się badaniem składu chemicznego atmosfery Marsa, ale to nastąpi dopiero po unormowaniu orbity, czyli w przyszłym roku.

 

Źródła:

http://www.nasa.gov/feature/jpl/camera-on-mars-orbiter-shows-signs-of-la...

http://www.esa.int/Our_Activities/Space_Science/ExoMars/Mars_Reconnaissa...


Zbliża się szczyt aktywności roju Orionidów

Jak co roku, październik jest miesiącem Orionidów. Maksimum roju meteorów przypada na noc z 21 na 22 października. Wydarzenie to jest chętnie podziwiane przez ludzi z całego świata.

 

Rój Orionidów związany jest z kometą Halleya. Jej ostatnie zbliżenie do Ziemi nastąpiło w 1986 roku, lecz ciało niebieskie powróci do nas w 2061. "Spadające gwiazdy" można obserwować pomiędzy 2 października a 7 listopada, lecz szczyt aktywności Orionidów przypada właśnie na noc i wczesny ranek 22 października.

 

W trakcie roju spada około 20-30 meteorów na godzinę, choć nigdy nie wiadomo jak będzie tym razem, gdyż dokładnej ilości nie da się przewidzieć. W poprzednich latach, podczas maksimum roju Orionidów, obserwowano nawet 70 meteorów na godzinę.

 

Deszcz "spadających gwiazd" można obserwować na pograniczu konstelacji Oriona i Bliźniąt. Najlepiej oglądać je w okolicach północy w miejscowościach oddalonych od łuny dużych miast. Obecna faza Księżyca nie powinna nam utrudniać obserwacji, czego niestety nie da się tego powiedzieć o pogodzie.

 


Lądownik Schiaparelli jest już na Marsie, ale nie daje znaku życia

Europejska Agencja Kosmiczna oficjalnie rozpoczęła misję ExoMars. W środę o godzinie 16:58 czasu polskiego, lądownik Schiaparelli prawdopodobnie z powodzeniem osiadł na Marsie. Problem w tym, że urządzenie nie daje żadnego znaku życia.

 

ESA jak na razie unika słowa "porażka", choć niestety na chwilę obecną wszystko jest możliwe. Cała procedura lądowania przebiegała pomyślnie. Ziemia otrzymywała sygnał w trakcie fazy wejścia lądownika w atmosferę oraz podczas opadania. Niestety, około 50 sekund przed lądowaniem, ESA straciła z nim kontakt i nie potrafi nawiązać łączności aż do teraz.

 

Otrzymane z Marsa dane potwierdzają, że cały proces hamowania przebiegał jak należy. Lądownik Schiaparelli wykorzystał dwa spadochrony i silniki rakietowe, aby zredukować prędkość wejścia w marsjańską atmosferę z 21 tysięcy km/h do niemal zera.

Źródło: European Space Agency/ATG Medialab

ESA twierdzi, że Schiaparelli wylądował, ale nie wiadomo w jakim jest stanie. Nie można obecnie powiedzieć, czy lądownik mógł zbyt mocno uderzyć w powierzchnię Czerownej Planety. Naukowcy z nadzieją oczekują, że wysłane na obcą planetę urządzenie dostarczy wreszcie sygnał na Ziemię i będzie można kontynuować jego misję badawczą.

 

Jednak nawet jeśli Schiaparelli nie da żadnego znaku życia, ESA uważa, że mimo wszystko udało się osiągnąć sukces. Sonda Trace Gas Orbiter (TGO) z powodzeniem odłączyła się od lądownika i znajduje się teraz na marsjańskiej orbicie, gdzie z powodzeniem może rozpocząć pracę. Misja na Marsa była bardzo trudna, więc mimo wszystko można mówić o sukcesie.

 


Prawdopodobnie odkryliśmy kolejne dwa księżyce Urana

Dwaj planetolodzy postanowili przestudiować dane, uzyskane w 1986 roku przez sondę kosmiczną Voyager 2. Dzięki dokładnej analizy znaleźli dowody, wskazujące na obecność kolejnych dwóch, nieznanych nam dotychczas księżyców w pobliżu Urana.

 

Gazowy, błękitny olbrzym, według obecnego stanu naszej wiedzy, posiada 27 naturalnych satelitów. Dwaj naukowcy, Rob Chancia i Matthew Hedman z Uniwersytetu Idaho prawdopodobnie wykryli dwa kolejne obiekty, których wcześniej nikt nie zauważył.

 

Potencjalne księżyce krążą wokół Urana bliżej od pozostałych. Ich obecność przyczynia się do powstawania falistych wzorów na najbliższych pierścieniach Alfa i Beta. Badacze uważają, że nowe księżyce mogą być bardzo małe i odbijają bardzo niewielkie ilości światła, przez co pozostawały niezauważalne.

 

Rob Chancia i Matthew Hedman mają zamiar potwierdzić swoje odkrycie. Obiekty moglibyśmy zaobserwować np. przy pomocy Kosmiczego Teleskopu Hubble'a. Wyniki badań zostaną opublikowane na łamach czasopisma Astronomical Journal.

 

Źródła:

https://arxiv.org/abs/1610.02376

http://www.sciencealert.com/we-might-have-just-discovered-2-new-dark-moo...


W widzialnym Wszechświecie jest 10 razy więcej galaktyk niż sądzono

Dotychczasowe szacunki wskazują, że w widzialnym Wszechświecie może istnieć od 170 do 200 miliardów galaktyk. Jednak z najnowszych badań, przeprowadzonych przez międzynarodowy zespół astronomów wynika, że liczba ta jest zdecydowanie za niska i powinniśmy pomnożyć ją aż dziesięciokrotnie.

 

Naukowcy skorzystali ze zdjęć głębokiego kosmou i innych danych, pochodzących z Teleskopu Kosmicznego Hubble'a oraz Głębokiego Pola Hubble'a. Na tej podstawie stworzono trójwymiarowe obrazy i odtwarzano liczbę galaktyk na różnym etapie rozwoju Wszechświata. Następnie, przy pomocy modeli matematycznych, ustalono liczbę galaktyk, których nie potrafilibyśmy zobaczyć dzisiejszymi teleskopami.

 

Badania pozwoliły ustalić, że w widzialnym Wszechświecie znajduje się  około 10 razy więcej galaktyk niż dotychczas podejrzewaliśmy. Ich liczba może wynosić nawet 2 biliony. To oznacza, że aż 90% galaktyk jest nam zupełnie nieznanych i nie potrafimy ich dostrzec, ponieważ mogą być zbyt ciemne i/lub zbyt odległe.

 

Profesor astrofizyki i główny autor badania, Christopher Conselice z Uniwersytetu Nottingham powiedział: "To zdumiewające, że ponad 90% galaktyk we Wszechświecie musi jeszcze zostać przebadanych. Kto wie jakie interesujące właściwości znajdziemy, gdy zaczniemy obserwować te galaktyki przy pomocy teleskopów kolejnej generacji". 

 

 


Odkryto nową planetę karłowatą w Układzie Słonecznym

W naszym Układzie Słonecznym odkryto nową planetę karłowatą. Ciało niebieskie o nazwie 2014 UZ224 znajduje się daleko poza orbitą Plutona i posiada stosunkowo niewielkie rozmiary.

 

Średnica nowej planety karłowatej wynosi około 530 kilometrów. Obiekt znajduje się 13,7 miliarda kilometra od naszej gwiazdy. Dla porównania, średnica Plutona to 2300 kilometrów a jego maksymalna odległość od Słońca wynosi około 4,5 miliarda kilometra. Jeden rok na planecie karłowatej 2014 UZ224 trwa aż 1100 ziemskich lat.

 

Odkrycia dokonano dzięki instrumentowi o nazwie Dark Energy Camera (DECam). Jest on wykorzystywany do obserwacji ruchu galaktyk i supernowych. Przy jego pomocy, astronomowie próbują wyjaśnić czym właściwie jest ciemna energia i skąd ona pochodzi.

 

Z kolei projekt Dark Energy Survey (DES), posługując się danymi z DECam, tworzy mapy Wszechświata. Raz w tygodniu wykonuje również zdjęcia niewielkich fragmentów nieba. Kilka lat temu, profesor astronomii na Uniwersytecie Michigan, David Gerdes, poprosił studentów aby spojrzeli na zdjęcia i poszukali niezidentyfikowanych obiektów w Układzie Słonecznym. Specjalny program komputerowy pozwolił namierzyć poruszający się obiekt. W ten właśnie sposób odkryto ciało niebieskie 2014 UZ224. Dokładna ścieżka orbitalna nie jest obecnie znana, lecz potwierdzenie istnienia tego obiektu zajęło dwa lata.

 


Przełomowy projekt Event Horizon Telescope pozwoli wkrótce sfotografować czarną dziurę

Czarne dziury to hipotetyczne ciała niebieskie, które dosłownie pożerają wszystko co znajdzie się w ich zasięgu. Wielu wybitnych naukowców podejrzewa, że mogą to być portale do innych światów. Jednak czarnych dziur nie udało się jak dotąd bezpośrednio zaobserwować a nasza wiedza na ich temat pochodzi od zjawisk, które widzimy w ich otoczeniu. Obiekty te nie emitują ani nawet nie odbijają promieniowania, co skutecznie utrudniło wykonanie tego zadania.

 

Plany sfotografowania czarnej dziury istniały od dawna. Dziś, dzięki synchronizacji wielu radioteleskopów z całego świata oraz technologii pozwalającej na przechowywanie ogromnych ilości danych i ich transport fizyczny (tzw. sneakernet - wszystkie dane będą gromadzone na dyskach fizycznych w poszczególnych obserwatoriach i transportowane samolotem odrzutowym do wielkiej sieci komputerowej w MIT Haystack Observatory, gdzie nastąpi ich analiza), możemy wystartować z projektem, który umożliwi nam bezpośrednie zaobserwowanie czarnej dziury.

Źródło: ESO/APEX, MSX/IPAC/NASA

Według ogólnej teorii względności, horyzont czarnej dziury rzuca okrągły "cień" na otaczającą ją plazmę. Naukowcy chcą sfotografować ten "cień", który będzie pierwszym bezpośrednim dowodem na istnienie czarnych dziur. W tym celu powstał specjalny program naukowy Event Horizon Telescope (EHT), którego zadaniem jest obserwacja z odpowiednią rozdzielczością kątową przestrzeni kosmicznej, znajdującej się w bezpośredniej bliskości tego tajemniczego ciała niebieskiego.

Celem obserwacji będzie przede wszystkim znajdująca się w centrum Drogi Mlecznej supermasywna czarna dziura Sagittarius A*, która posiada masę około 4 milionów Słońc i znajduje się około 26 tysięcy lat świetlnych od naszej planety. W programie bierze udział szereg radioteleskopów z całego świata, pracujących na falach milimetrowych i submilimetrowych. Po ich zsynchronizowaniu, otrzymujemy jeden gigantyczny teleskop wielkości Ziemi, który pozwoli na niezwykle dokładną obserwację obiektów takich jak Sagittarius A*.

Źródło: NASA/ESA

Projekt badawczy EHT wykazał się już swoją skutecznością pod koniec 2015 roku, gdy świat naukowy powiadomił o pierwszej w historii obserwacji pól magnetycznych tuż poza horyzontem zdarzeń tej supermasywnej czarnej dziury. Ich istnienie było wcześniej postulowane jedynie teoretycznie.

Źródło: ESO/APEX, MSX/IPAC/NASA

Program EHT pozwoli zatem udowodnić istnienie czarnych dziur, a także wyliczyć ich masę. Naukowcy będą mogli lepiej zrozumieć jak właściwie powstają te ciała niebieskie. Obecnie w projekt zaangażowanych jest 9 radioteleskopów z Antarktydy, Chile, Hawajów, Hiszpanii, Meksyku i Stanów Zjednoczonych, które już w przyszłym roku mają wykonać pierwszy obraz horyzontu zdarzeń supermasywnej czarnej dziury Sagittarius A*. Prace badawcze pozwolą również sprawdzić prawdziwość ogólnej teorii względności Einsteina. Przyszły rok może okazać się prawdziwie przełomowy dla nauki.

 


Strony